Autor: Marta
Knopik
Tytuł: Czarne Miasto
Cykl: Czarne Miasto, tom 1
Data premiery: 19.02.2020
Wydawnictwo: Lira
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura piękna
Po lekturę „Czarnego Miasta”
sięgnęłam z niemałym opóźnieniem. Tak naprawdę chyba nawet bym
się na nią nie zdecydowała, gdyby nie wiele zgodnych głosów, że
jest to lektura na wysokim poziomie, warta uwagi, inna, baśniowa,
piękna i zachwycająca. Więc chyba to jedna z tych publikacji,
gdzie za piękną okładką idzie równie piękne wnętrze? Tak, to
na pewno. Zdecydowanie trzeba też podkreślić, że jest to debiut
literacki Mart Knopik, która do tej pory była autorką scenariuszy
dla Teatroteki Szkolnej prowadzonej przez Instytut Teatralny w
Warszawie. Teraz „Czarnym Miastem” rozpoczyna cykl opowieści z
tytułowego miasta.
Czarne Miasto położone jest gdzieś
na Śląsku. To miasto pełne tuneli, ciemne, brudne, pełne sadzy i
smogu, miasto kopalni już dawno nieczynnych. Wiele lat temu Wanda
Bóbr razem z mężem Zdziśkiem przeprowadzili się tu z Kamiennego
Miasta, by rozpocząć swoje dorosłe życie. Teraz, wiele lat
później, po Roku Zaćmienia, który zmienił w ich życiu wszystko,
Belinda i Bianka, ich córki, opuszczają dom rodzinny – przenoszą
się do Białego Miasta, gdzie życie upływa całkiem inaczej, toczy
się innym rytmem, według kompletnie odmiennych zasad. Żyjąc tam
pozornie zapominają o domu – pozornie, bo ich podświadomość
pamięta i wysyła sygnały nakłaniające by to miejsce ponownie
odwiedzić…
Książka składa się z 15
tytułowanych rozdziałów i epilogu. Narracja prowadzona jest w
trzeciej osobie czasu przeszłego, skupia się na historiach wielu
bohaterów – zarówno sióstr BeBe (Bianki i Belindy), jak i ich
mamy Wandy oraz sąsiadki, przyszywanej cioci Gieni. Całość stylem
i językiem nasuwa skojarzenia z baśnią i magią, język jest
prosty, zdania długie, w swojej prostocie poetyckie.
„Istnieje jedna ludzkość o jednej duszy, mówiącej uniwersalnym językiem symboli, starszym niż nasza ludzka mowa. Dusza ta znajduje ujście w mitach, baśniach i legendach, które poruszają w nas tę pradawną energię, budzą i uskrzydlają ducha.”
I tak jak można wyczytać w powyższym
cytacie, język jest tutaj mocno symboliczny, magiczny, tu realne
miesza się z nierealnym, znajdziemy tu tyle alegorii, metafor i
symboli, że na jeden raz na pewno trudno odkryć pełny ich sens. I
ja mam takie wrażenie – że może nie do końca odczytałam to, co
autorka chciała tą powieścią przekazać. Mam wrażenie, że jest
to zbiór opowieści, zbiór baśni, które łączy jedna nitka –
to może jakby wstęp do dalszej historii? Jako że książka
zapowiedziana jest jako tom rozpoczynający serię, to myślę, że
to całkiem realna opcja.
„W Czarnym Mieście trudno żyć i raczej nie będzie już lepiej.Czarne Miasto z wolna znika z powierzchni ziemi.”
Na pewno jednak mocno zauważalny jest
kontrast pomiędzy Czarnym Miastem a Białym Miastem. Te pierwsze
teraz jest już raczej w połowie wymarłe, mieszkają tam głównie
dawni mieszkańcy, a młodzi wylatują w świat. To miasta dawne,
zamieniające się w ruinę, gdzie życie toczy, a może bardziej
toczyło się inaczej. Tu nie przywiązuje się wagi do wyglądu, do
ubrań, a raczej dba o człowieka. Ludzie może nie sięgają po
pomoc psychologów, ale sami dla siebie są pomocą, dużo
rozmawiają, wspierają się. Białe Miasto jest całkiem inne – tu
najważniejsza jest powierzchowność, ładny wygląd, bogactwo,
kariera. Tu nie mówi się otwarcie co się myśli i czuje, tu chowa
się za maską makijażu i schludnych nowych ubrań znanych
projektantów. Warto zwrócić uwagę na opisy obydwu miast, są
bardzo dopracowane i dają do myślenia. Myślę, że Czarne Miasto
symbolizuje dawny styl życia, styl w jakim żyli nasi rodzice,
dziadkowie. Białe Miasto to miasto nowoczesne, miasto przyszłości,
odzwierciedlające zasady, które coraz mocniej panują w naszym
świecie.
„Gdyby miała wymienić jedną rzecz, za którą tęskni najbardziej, byłyby to tradycyjne dialogi, jakie toczyły się na ulicach Czarnego Miasta, gdzie ludzie z troską wypytywali o stan zdrowia, o dzieci, o kłopoty. Nie przechwalali się, wręcz przeciwnie – umniejszali sobie, troszcząc się o samopoczucie rozmówcy. Opowiadali o emocjach i obawach. Białomieszczanie nigdy takich rozmów nie prowadzą, nie narzekają na nic, a ich uczucia, choroby i nieszczęścia są wielką tajemnicą. Są tabu.”
I w związku z tą interpretacją nie
do końca rozumiem dlaczego autorka osadziła obydwa miasta w
fizycznie istniejących miejscach, trochę to psuje mój odbiór tego
przesłania. Miasta są symbolem, alegorią, więc nie powinny być
fizycznie dostępne do wskazania na mapie, nie powinny mieć jednego
konkretnego miejsca w świecie rzeczywistym. Moim zdaniem gdy otacza
się je znanymi nam nazwami, jak Śląsk czy Singapur czy inne znane
państwa i miasta trochę tracą na swoim znaczeniu. Ciężko jest mi
to wyjaśnić, jednak to osadzenie na mapie wzbudza we mnie na tyle
mieszane odczucia, że nie mogę tego nie zaznaczyć w tej recenzji.
Pomijając już miasta i ich symbolikę,
w książce ogromną ilość miejsca zajmują baśnie, opowieści
ciotki Gieni, która jako znachorka i potomek rodu od stuleci
mieszającego w Czarnym Mieście zna jego całą historię –
zarówno tą aktualną, prawdziwą, doświadczoną osobiście, jak i
tą z dawnych czasów, opowiadaną z pokolenia na pokolenia. Ciocia
Gienia siada więc z dziewczynkami (tu wracamy do ich dzieciństwa) i
przy herbatce i domowym cieście roztacza przed nimi dawny, baśniowy
świat wierzeń i legend. I tak zaczynają się przeplatać ich losy
realne, z tym co magiczne.
„Podświadomość wsącza w nas wielokolorową miksturę baśniowych, symbolicznych obrazów, które potem podczas snów lub marzeń na jawie, znajdują ujście. Nasza świadomość zna podświadomość tylko w malutkim kawałku, w tym drobnym odprysku, który zostaje uświadomiony. A nawet wtedy, gdy coś z nieświadomego bezkresu wewnętrznego kosmosu przeniknie do naszej świadomości, nie zawsze potrafimy to nazwać i zrozumieć. Czasem zostajemy z uczuciem niepokoju i zagubienia. Myślę, że każdy z nas ma w sobie podziemny labirynt.”
Pod warstwą przypowieści i magii
trzeba jednak podkreślić, że książka opowiada też o wielu
trudnych emocjach. Znajdziemy tu dużo o depresji, o żałobie, o
tęsknocie tak ogromnej, że nie pozwala normalnie funkcjonować. O
nadziei, o szukaniu własnej drogi, o poczuciu jedności i
samotności.
„Może czas odwiedzić dom?Jak to się właściwie stało, że przez ostatnie lata ani razu tego nie zrobiła? Trudno to wytłumaczyć. Może w żartobliwej teorii Belindy o czarze rzucanym przez Białe Miasto na mieszkańców jest ziarnko prawdy? Człowiek miota się pomiędzy obowiązkami i terminami, zapominając o tym, co naprawdę jest w życiu ważne.”
Co jak co, ale na pewno nie można
odmówić powieści tego, że ma w sobie głębię. Ma wiele warstw,
które powoli odsłaniają się przed czytelnikiem, które nawet już
po lekturze stają się dopiero zrozumiałe. Jestem pewna, że gdybym
w tym momencie sięgnęła po lekturę raz jeszcze, odkryłabym w
niej wiele innych opowieści, wiele innych znaczeń. Mimo kilku
wątpliwości na pewno muszę podkreślić, że jest to lektura
wyjątkowa, baśniowa, coś gdzie fantastyka miesza się z
realnością. Coś oryginalnego i innego od wszystkich tegorocznych
debiutów. Jestem ciekawa co przyniesie tom kolejny.
Moja ocena: 8/10
Za egzemplarz książki do recenzji
dziękuję Wydawnictwu Lira!
Książka dostępna jest też w abonamencie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz