Autorka: M.L. Stedman
Tytuł: Odległe życie
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Data premiery: 08.04.2026
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 480
Gatunek: literatura piękna
M.L. Stedman to autorka i prawniczka,
wychowana w Australii Zachodniej, żyjąca w Anglii, o której wiadomo niewiele -
sama uważa, że dzieła literackie powinny mówić same za siebie. W przeciągu
czternastu lat wydała tylko dwie powieści - “Światło między oceanami” debiut,
który w 2012 roku przyniósł jej nagrody i światową sławę, a ekranizacja z 2016
tylko ją pogłębiła, oraz “Odległe życie”, nowość z 2026 roku, którą polski
czytelnik dostał w swoje ręce miesiąc po jej angielskiej premierze.
Meredith Downs to licząca czterysta tysięcy
hektarów stacja hodowli owiec w Australii Zachodniej. Miejsce odległe, odludne,
w którym życie podporządkowane jest siłom natury. Tam od wielu pokoleń mieszka
rodzina McBride’ów podporządkowując się stałemu rytmowi poganiania i strzyżenia
owiec. Aż do czasu. 10 stycznia 1958 roku czas staje w miejscu. Ojciec, który
nigdy za kierownicą samochodu się nie zawahał, wioząc owce i swoich dwóch
wchodzących w dorosłość synów, nieopatrznie skręca kierownicą przerażony tym,
że na jego drodze stanął człowiek. Ale nie, to tylko kangur. Orientuje się
jednak za późno, auto wpada w poślizg, a on z najstarszym synem giną na
miejscu. Zostaje Matt, osiemnastolatek, który ledwo oddycha… I tak życie, które
miało się ułożyć przewidywalnym torem - ojciec miał patrzeć, jak jego synowie
uczą się dorosłości, poślubiają dobre kobiet i przejmują gospodarstwo, ciesząc
się stałością i szczęściem małych chwil - przemienia się w pasmo pożarów, które
wybuchają z mocną, jaką wzniecić potrafi tylko natura. Co stanie się z
McBride’ami, kiedy nagle ze szczęśliwej pięcioosobowej rodziny zostają trzy
pokaleczone dusze?
“Jeśli się nad tym zastanowić, to dla każdego życie jest więzieniem… więzieniem kolejnych dni. Cała sztuka polega na tym, żeby się w nim dobrze rozgościć. Znajdź swój obszar wolności we wnętrzu tego, co jest twoim więzieniem.”
Książka rozpisana jest na trzy części, a każda
z nich toczy się w innym czasie rozciągając akcję od katastrofalnego roku 1958
do przełomu wieków, roku 2000. Części składają się na różnej długości
rozdziały, w sumie jest ich osiemdziesiąt dwa. Niektóre z nich liczą po
zaledwie dwie strony, inne kilkanaście, ale każdy dodatkowo dzielony jest na
krótsze fragmenty oddzielone grafiką suchych traw. Narracja prowadzona jest w
trzeciej osobie w dwóch czasach - przeszłym i teraźniejszym, bo czas akcji
plącze się w swoich liniach - pozorna linearność raz po raz przerywana jest
wspomnieniami z przeszłości rodziny McBride’ów i ich bliskich. Styl powieści
początkowo wydaje się zwyczajny, jednak już po chwili ukazuje swoją niezwykłość
- pozorna prostota jest prawdopodobnie wynikiem ciężkiej pracy, dzięki której
każde słowo znajduje się w dokładnie określonym miejscu, idealnym, by snuć
smutną, ale ciągłą opowieść. Język jest tak subtelnie poetycki, że nawet się
tego nie zauważa, ale z czasem pojawia się w głowie jedno określenie - piękny i
prawdziwy.
“Rozkręciła pióro i ścisnęła gumowy pojemniczek, by wylać z niego do butelki kilka ostatnich kropel, po czym zaburzyła stalówkę w atramencie i ponownie ścisnęła gumę, tym razem, by nabrać nową porcję atramentu, jakby nabierała powietrza, żeby powiedzieć to, co musiała.”
Bo w tej powieści to, co jest dostrzegalne
gołym okiem ma mniejsze znaczenie od tego, co przemilczane. To powieść, w
której centrum stoją tajemnice tak ciężkie, że nie sposób rozdzielić ich wagi
na pół, nie sposób ich podźwignąć i wystawić na światło dzienne. Oczywiście są
tacy, którzy zrobić to chcą, siłą dokopać się do tego, co niewysławialne, ale
to ich własna próba zakopania przepaści, jaką tworzą ich własne ciężary. Każda
postać tak realistycznie oddana w swoim charakterze zdaje się sekretem
obciążona, własnym lub cudzym, który traktuje jak w imię miłości.
“(...) są tajemnice, które nie należą do nas.”
A za tajemnicami kryją się ludzie. Ludzie
pokaleczeni przez los, przez czasy, w jakich przyszło im żyć, przez swoich
bliźnich. To lata, w których widmo wojny nadal jest żywe, a koszmar, jaki wtedy
przez świat przechodził, dla niektórych nigdy się nie skończył. To ciągle czasy,
w których zasady społeczne były bardzo sztywne, a zły uczynek jednego członka
rodziny mógł zaważyć na godności wszystkich noszących to samo nazwisko. Ale czy
tamci ludzie tak naprawdę się od nas samych różni? Doświadczeniami z pewnością,
ale charakterem, problemami?
“Szkielety marzeń - możecie je zobaczyć na każdej starej posiadłości w australijskim buszu. Dawno porzucone domy, rdzewiejące wiatraki, rozerwane ogrodzenia, przewrócone podstawy zbiorników na wodę; wszystkie były kiedyś pełnym nadziei początkiem.”
Bo czas w tej powieści płynie dziwnie. Dla
ludzi jedna chwila może zaważyć na całym biegu życia, zmienić tak bliską
przyszłość w życie absolutnie nieosiągalne, odległe. Ale czas, mimo kaprysów
losu, jest też nieubłagany, nie zważając na dramaty ludzkie prze do przodu. W
tym miejscu, w którym żyją postacie powieści, dyktowany jest przez rytm natury,
obowiązki, jakie bez względu na wszystko hodowcy muszą wykonywać. To stała
nieraz trudna do uniesienia, ale w chwilach najgorszych może też okazać się
jedyną nadzieją na odzyskanie spokoju ducha. Bo przecież czas leczy rany,
prawda? Tylko czy każdy jest w stanie proces leczenia udźwignąć?
“Czas. Cierpliwość. Właśnie te słowa stale do niego powracają w ciągu następnych tygodni. Sama cisza przynosi ukojenie; delikatny, nieobecny dotyk, który daje mu choć namiastkę spokoju. Skały wciąż są. Niebo nadal jest. Drzewa rosną tak czy inaczej; wprawdzie niektóre gałęzie usychają, ale nie z jego powodu. Ta kraina - niewzruszona, niezmienna - może go uratować.”
Czas, postacie i miejsce to trzy punkty, które
mają w tej powieści największe i równoprawne znaczenie. Bo ta tytułowa
odległość właśnie do nich się odnosi, do miejsca, w którym życie nie jest dla
każdego. Trzeba być twardym, by żyć tak jak McBride’owie, na wielkich obszarach
niegościnnej ziemi, która raz po raz zdaje się mieszkańców z tego miejsca
przeganiać. Ale wytrwałość się opłaca - poza trudami życia w ciągłym czerwonym
pyle, są momenty magiczne, w których przyroda i zwierzęta zachwycają,
otumaniają wręcz dźwiękami i kolorami. Miejsce surowe, trudne, ale równocześnie
tak niepowtarzalne, tak magiczne.
“- Znasz swoje drzewo genealogiczne?- Wiem coś o gałęzi, na której siedzę (...). I niewiele poza tym.”
“Odległe życie” to powieść buzująca od emocji.
Emocji cichych, niewypowiedzianych, ale stale obecnych. Miłość, strata, ból,
wyrzuty sumienia, ciągła niepewność, wstyd i żal są tutaj nieustannie na
wyciągnięcie ręki, ścierają się ze sobą walcząc o pierwszeństwo. A gdzie
szczęście? Jak je znaleźć? Czy jest dostrzegalne w chwilach, które wydają się
najczarniejsze? To leczy ciągłość i niezmienność czasu i miejsca, które w
swojej stałości mogą dać ukojenie. M.L. Stedman subtelnie rozrysowuje życia, w
których chwila głupiego losu zadecydowała o tym, że na zawsze zmieni swój bieg.
Już nigdy nie wróci do koryta rzeki sobie wyżłobionej, teraz będzie tworzyć
nowy tunel, w którym raz po raz natknie się na przeszkody. Czy jednak czas nie
drąży skały? Piękna w swojej surowości historia, przytłaczająca smutkiem i
dylematami moralnymi, na które po prostu nie ma odpowiedzi.
“Są wydarzenia, od których nie ma odwrotu. Są bramy zamykające dostęp do wszelkich innych dróg, którymi człowiek mógł pójść. Jeden moment w przeszłości może odebrać przyszłość; skazać na śmierć za życia.”
Moja ocena: 8/10
Recenzja powstała w ramach współpracy z
Wydawnictwem Albatros.
Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!





.jpg)

