Autor: Przemysław Nowakowski
Tytuł: Śmierć w cieniu wulkanu
Data premiery: 20.05.2026
Wydawnictwo: Chmury
Liczba stron: 432
Gatunek: kryminał obyczajowy / sensacyjny
Przemysław Nowakowski to polski dziennikarz,
dramaturg, scenarzysta filmowy i telewizyjny, który pracował przy tak głośnych
tytułach jak Katyń, Bez tajemnic, Pakt, Kruk, Belfer III. Prowadził audycję
radiową i program telewizyjny, brał udział w wielu filmowych festiwalach. Teraz
postanowił poszerzyć krąg swojej działalności - napisał powieść. “Śmierć w
cieniu wulkanu” to jego debiut kryminalny, w którym w nie do końca poważnej
formie korzysta ze swojego zawodowego doświadczenia, oferując czytelnikowi
dobrą zabawę. W końcu historia toczy się na Teneryfie w czasie karnawału! Nie
brakuje w niej jednak mimo wszystko kilku gorzkich, znanych nam z prozy
codzienności nut.
Uciekając przed polską zimą, Julia, Wojtek i
ich dwie kilkuletnie córeczki wybierają się na dłuższy pobyt na Teneryfie. Mogą
na to sobie pozwolić - Wojtek pracuje w dużej korporacji, która takie wyjazdy
umożliwia, Julia przede wszystkim zajmuje się dziećmi. Może ten wyjazd poprawi
też ich relacje małżeńskie? Ostatnio, od chwili, gdy urodziły się dziewczynki,
ewidentnie przytłoczyła ich proza codzienności. Jednak nie wszystko idzie po
ich myśli - Wojtek niedługo po przyjeździe musi wracać do kraju, a Julia trochę
z nudów, a trochę dla zmiany towarzystwa, wplątuje się w dziwną relację z nowo
poznaną rodaczką Kingą i jej przyjacielem Grajkiem. Ich wspólna noc jednak nie
kończy się tak, jak tego oczekiwała, a kolejnego dnia okazuje się, że tuż przy
klifie Grajek został znaleziony martwy… Czy to dziwny zbieg okoliczności, że
dwa dni temu w tym samym miejscu została znaleziona inna martwa imigrantka bez
palca u nogi? Lokalna policja w postaci przystojnego Orestesa musi się temu
przyjrzeć.
„Ogień symbolicznie zakończy czas zabawy i przekraczania wszelkich norm przyzwoitości, przywróci zwyczajność powtarzających się dni i ponure widmo skacowanych poranków. Czyli życie."
Książka rozpisana jest na prolog, 24 rozdziały
i epilog. Prolog i epilog tworzą swoistą klamrę zarówno w brzmieniu, jak i
miejscu, w którym toczy się ich akcja - początkiem i końcem jest lotnisko.
Rozdziały, choć każdy liczy po kilka-kilkanaście stron, dzielone są na krótsze
scenki, przez co komfort lektury jest zachowany. Narracja powieści prowadzona
jest w trzeciej osobie czasu przeszłego z perspektywy kilku postaci, a język,
jakim narrator się posługuje, dopasowany jest do każdej z nich, co szczególnie
wyraźnie widać w dialogach. Zdania są proste, są nośnikiem historii, a nie
celem same w sobie. Dialogów jest sporo, wypadają przyjemnie naturalnie, choć
momentami autor bawi się konwencją gatunku. Opisy przede wszystkim skupiają się
na oddaniu kultury i różnorodności wyspy, na której, jeśli wierzyć autorowi,
jest sporo Polaków.
„- (…) Spróbuję wyciągnąć wilka z lasu, ale ty, Czerwony Kapturku, postaraj się, kurwa, mieć dla niego koszyczek!"
Cała historia zaczyna się w obyczajowych
tonach - poznajemy Julkę, która gdzieś w drodze pomiędzy małżeństwem a
macierzyństwem zagubiła samą siebie. Czuje, że teraz z Wojtkiem niewiele ją
łączy, że ani on, ani ona sama nie troszczą się o jej potrzebę bycia zauważoną
i docenianą zarówno jako osoba, jak i kobieta. Przyjazd na wyspę zmienia
perspektywę - Julia otwiera się na innych, zaczyna szukać możliwości spełnienia
się gdzie inaczej. Mam więc nieodparte wrażenie, że w tej historii kryminał,
cała ta otoczka z intrygą, w którą wplątuje się Julia z mężem, jest pretekstem
do pogadania o związku, o tym, jak trudno tak na co dzień dbać o więzi, które
są dla nas oczywiste, bo przecież najbliższe. To proza codzienności, to
zaniedbanie, którego dopuszcza się wielu z nas. Czy jednak w tym wszystkim da
się odnaleźć na nowo?
„Czy to jest już kryzys, czy tylko zmęczenie? A może w ogóle już po wszystkim?"
By to zrobić, potrzebna jest zmiana. I tu
kryminał przejmuje ster. Kryminał bogaty w wątki obyczajowe, romansowe i
sensacyjne, z intrygą, która dobrze wykorzystuje różnorodność kulturową wyspy,
jak i okres, w którym toczy się akcja powieści. Wątków romansowych jest sporo,
autor nie ucieka od seksualności swoich postaci, jednak nie są one w historię
wpisane po to, by zapełnić jakąś dziurę - każdy jeden ma swoje uzasadnienie
fabularne, każdy pojawia się w historii w konkretnym celu. Nie są też opisywane
bardzo dosłownie, co mnie samą ucieszyło. Całą intrygę warto potraktować z
przymrużeniem oka - autor zdaje bawić się konwencją gatunku nie tyle
literackiego, co telewizyjnego, w której detale fabularne mogą się trochę
ponaciągać do efektu, jaki autor chce osiągnąć. W historię wplecione są wątki
wręcz lekko komediowe, które dobrze wpisują ją w karnawał, w czasie którego
toczy się akcja powieści. Mimo sięgania po różne motywy i chwilowe oderwanie od
realności, wielowątkowa intryga jest spójna, a finał przynosi zaskakująco
gorzkie refleksje. Całość toczy się w filmowej otoczce, praktycznie każdą scenę
w swojej wyobraźni widziałam tak, jakbym oglądała serial.
„"Ludzie Magellana płynęli, żeby odkrywać świat. Mieli przed sobą cel. A surferzy pływają tam i z powrotem, zupełnie bez celu!” Ten sport wydał się policjantowi alegorią współczesnego świata. Wymaga dużo wysiłku i umiejętności, ale do niczego nie prowadzi. Jest jakby kręceniem się w kółko po własnych śladach."
Same kreacje postaci nie są specjalnie
rozbudowane, choć każda ma w sobie coś specyficznego, coś tylko swojego. Za to
wyspa przyciąga uwagę. Jej klimat, jej różnorodność kulturowa, zderzenie
wieloletniej tradycji ze współczesnym przemieszaniem przebywających tam różnych
narodowości są zaznaczane tak naprawdę na każdym fabularnym kroku. Nie bez
znaczenia jest też czas akcji, karnawał, czyli czas zabawy, czas rozluźnienia,
w którym zachowania normalnie nieakceptowalne są jak najbardziej
usprawiedliwione. To dobrze współgra z tą nie do końca poważną intrygą
kryminalną, ale też i zmianą, jaka zachodzi w Julii, która w końcu wyrywa się z
ram, w które we własnej codzienności się wtłoczyła.
„Julię zdziwiła wizyta starej kobiety w rozrywkowym barze. W jej kraju rzadko dochodziło do takich dysonansów. W Polsce starzy ludzie po prostu nie chodzą tam, gdzie nie pasują, a ponieważ nie ma miejsc, do których by pasowali, przeważnie nie chodzą nigdzie. W Hiszpanii jest jednak inaczej. Społeczeństwo jest znacznie bardziej inkluzywne, jeśli chodzi o integrację pokoleń."
Przyznam szczerze, że do polskich kryminałów,
których akcja toczy się na gorących wyspach, czy w ogóle poza granicami naszego
kraju, nauczona doświadczeniem podchodzę z pewną ostrożnością. W wypadku
książki Przemysława Nowakowskiego “Śmierć w cieniu wulkanu” zostałam jednak
pozytywnie zaskoczona - autor z rozmysłem podszedł do miejsca, z szacunkiem do
jego tradycji i różnorodności kulturowej mieszkańców. Na tej bazie zbudował
obyczajowo-sensacyjną intrygę, której celem jest przede wszystkim dobra zabawa,
choć i jej nie brakuje głębi - pod nią skrywają się trudy relacji, które nieraz
dają nam w kość w prozie codzienności. W tekście czuć zacięcie autora jako
scenarzysty telewizyjnego - muszą być wątki dynamiczne, romansowe, muszą być
nieco przerysowane postacie - jednak całościowo wszystko się ze sobą dobrze
zgrywa, wszystko do siebie pasuje. A czy nie to przy debiutach jest tak
naprawdę ważne? Wygląda mi to na przyjemny, wakacyjny pomysł, który w formie
powieści ma czytelnikowi przynieść kilka godzin przyjemnej, odrywającej od
rzeczywistości rozrywki. I w tej funkcji spełnia się naprawdę dobrze!
Moja ocena: 7/10
Recenzja powstała w ramach współpracy z
Wydawnictwem Chmury.
Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!










.jpg)

.jpg)



