Autor: Collin Armstrong
Tytuł: Polybius
Tłumaczenie: Xenia Wiśniewska
Data wydania: 23.09.2026
Wydawnictwo: Storylight
Liczba stron: 392
Gatunek: horror
“Polybius” to pierwsza książka amerykańskiego
autora Collina Armstronga, który do tej pory z branżą rozrywkową związany był
od strony telewizji - przez ponad dekadę tworzył scenariusze i produkował
programy, jak i seriale telewizyjne. Wygląda jednak na to, że tworzenie
powieści również przypadło mu do gustu - na przyszły rok zapowiedział już dwie
kolejne książki!
Rok 1982. Thom Mazzy zajmujący się wywózką
sprzętów z upadłych firm, w jednej z nich znajduje dziwny automat do gry. Bez
napisów, nawet niepomalowany, to po prostu wyświetlacz obity białą sklejką. Ale
ewidentnie skrywa tajemny świat - gdy Thom włącza grę i wrzuca monetę, zagadka
labiryntu pochłania go tak, że nie zauważa upływu czasu, a jego pamięć ulega
degradacji - nie pamięta nic od chwili, gdy wrzucił w automat monetę. Na
szczęście jego czujni pracownicy reagują, pakując sprzęt i przewożąc go do domu
aukcyjnego, skąd trafia do salonu gier w niewielkim kalifornijskim miasteczku
Tasker Bay. Już wkrótce okazuje się, że nie tylko Thom był podatny na urok automatu
- każdy, kto tylko spojrzy na wyświetlacz zamiera, by za chwilę odczuć przymus
gry. Dziwnemu zjawisku przygląda się nastoletnia pracownica Andrea Winston,
zwana Andi, która dobrze zna się na elektronice. I nawet ona przyznaje - tak
zaawansowanej technologii jeszcze nie widziała. Problem w tym, że już wkrótce
zaczyna obserwować dziwne zachowanie graczy - niektórzy z nich stają się
nieobecni, inni nad wyraz agresywni. Ale przecież głupotą byłoby sądzić, że to
wpływ gry, prawda?
W tym samym czasie w miasteczku zaczyna
wzrastać fala zbrodni - bójki w barze, zamordowane zwierzęta, trup w potoku…
Lokalna policja zachodzi w głowę nad powodami tej zmiany - co prawda ostatnio
pogoda mocno się pogorszyła, a nastroje w miasteczku nie były najlepsze ze
względu na napływ nowej ludności, która zaburza spokój tego miejsca, ale
przecież od takich drobiazgów do morderstw i pobić droga daleka, prawda? A
jednak problem ewidentnie się nasila...
„Gliny uczą się nigdy nie mówić nigdy. Myślisz, że widziałeś najgorsze rzeczy, jakie może zrobić człowiek, a potem… - David pokręcił głową. - Chodzi o to, że jeśli mogę zrozumieć “dlaczego”, zwykle dowiaduję się “kto”. W tej sytuacji martwi mnie to, że nie widzę żadnego powodu, dla którego ktoś mógłby to zrobić. Absolutnie żadnego.”
Książka rozpisana jest na prolog, 23 rozdziały
i epilog, które dzielone są na krótkie scenki - niektóre z nich to zaledwie pół
strony, inne stron kilka. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu
przeszłego z kilku perspektywy: przede wszystkim dwójki nastolatków i trzech
dorosłych, którzy relacjonują zdarzenia naprzemiennie. Akcja powieści rozgrywa
się w przeciągu kilku tygodni i toczy się linearnie. Styl powieści jest
zaskakująco dobry, a choć nie potrafię wskazać co dokładnie za to odpowiada, to
muszę przyznać, że dawno nie spotkałam się z aż tak gładko złożonymi zdaniami,
które sprawiają, że lektura posuwa się do przodu w tempie ekspresowym. Autor
nie bawi się w literackie ozdobniki, tekst jest po to, by po prostu przekazać
historię. Opisy i dialogi rozkładają się mniej więcej po równo, a język
dopasowany jest do chwili – czasami pojawiają się przekleństwa, ale nie w
nadmiernej ilości.
„Lokalsi wytykają palcami takich jak ci dwaj chłopcy. To nie ich, tych nowych ludzi, nienawidzą. Chodzi o zmianę. O patrzenie, jak to, co znają, zmienia się w coś, czego nie znają. Wielu z nich po prostu… nie potrafi sobie z tym poradzić.”
Główną bohaterką powieści zostaje Andi,
uczennica drugiej klasy liceum, która wraz z matką osiedliła się w tym miejscu
jakiś czas temu. Jej celem jest jednak powrót do San Jose, gdzie został jej
ojciec podzielający miłość do technologii. Dlatego dziewczyna trzyma się
towarzysko na uboczu - z nikim nie rozmawia, a jej przystanki na mapie to tylko
dom, salon gier i szkoła. W końcu jednak ktoś w ten jej zamknięty świat się
wkrada - to Roman, syn zastępcy szeryfa, który jeszcze niedawno cieszył się
wśród rówieśników sporą popularnością, teraz jednak usunął się w cień, a jego
ulubionym miejscem stał się salon gier, gdzie Andi pracuje. To oczywiście nie
przypadek, ta dwójka wkrótce odegra znaczącą rolę w zagadce, jaka wiąże się z
Polybiusem. A jednak to nie ich jedyna rola - zarówno Andi, jak i Roman są postaciami,
za którymi kryje się samotność. Którzy odsuwają się od innych nie dlatego, że
faktycznie tego potrzebują, ale dlatego, że się boją, ale i czują się
nierozumiani. A to cecha wspólna z ówczesnym młodym pokoleniem - może różnią ich
dekady i całkowicie inna kultura, ale ta potrzeba bycia z kimś blisko, którą
tak wiele młodych odpycha, cały czas jest aktualna.
Czas akcji ma duży wpływ na to, jak historia
jest odbierana. Lata 80. to wypożyczalnie kaset i automaty do gier, to dopiero
początek komputerów i czegoś, co wkrótce zacznie nabierać kształtów internetu.
To życie bez telefonu pod ręką, przez co przepływ informacji wyglądał
całkowicie inaczej niż teraz. I z tego wszystkie autor skrzętnie korzysta
powoli tworząc nastrój osaczenia… a zarazem frajdy, jaką daje mu powrót do tego
dawnego świata. W tekście czuć doskonały research na temat detali życia lat
80., a także subtelne uczucie nostalgii.
„Skąd wiesz, czy nadal jesteś sobą?”
Choć powieść zaliczana jest do gatunku
horroru, to można znaleźć w niej też coś z thrillera i kryminału, a nawet i
powieści obyczajowej. Początkowo powoli wzrastające napięcie wynika z
niepewności - co gra Polybius tak naprawdę z graczami robi? Co w nich wyzwala i
czy faktycznie może coś takiego kierować człowiekiem? Wraz z pierwszymi
morderstwami pojawia się wątek kryminalny - bo skoro jest morderstwo, to trzeba
też szukać sprawcy. Napięcie nadal narasta, atmosfera się zagęszcza, by w końcu
horror przyjął formę lekko makabryczną - to zaledwie kilka mocnych momentów,
które jednak są na tyle obrazowe, że zostają w głowie na długo. Cała historia
oparta jest na zagadce i relacji nastoletnich postaci, ale pojawiają się w niej
też motywy znane z podobnie osadzonych amerykańskich nośników popkultury - nie
brakuje spisków i egoistycznych interesów dorosłych.
„Nie potrafili rozwiązać swoich problemów, ale nie mogli też od nich uciec, co stwarzało wybuchową mieszankę ludzi doprowadzonych na skraj wytrzymałości nerwowej.”
Cała historia, wraz ze zmianą pogodową, która
powoli odcina miasteczko od świata, staje się coraz wyraźniej klaustrofobiczna.
Zamknięci ludzie zaczynają odczuwać frustrację, a tą wyładowują agresją - a
kiedy wszyscy są poddenerwowani niewiele jest osób, które innych uspokajają,
większość raczej podchwytuje użycie siły. Autor z dużym wyczuciem i dużym
prawdopodobieństwem oddaje sposób zachowania ludzi w zamknięciu, przygląda się
mechanizmowi narastania przemocy. Mam wrażenie, że mógł to być pomysł, który
zrodził się podczas pandemii koronawirusa - to przecież wtedy wszyscy
poczuliśmy się zamknięci, odcięci od świata normalnego, w którym możliwe było
zdrowe rozładowanie lęków i złości.
„Niepewność generowała napięcie. W napięciu rodziła się wrogość.”
Intryga powieści, mimo że zbudowana została
dość prosto, od początku wzbudza dziwną ciekawość. Autor skutecznie podsuwa
tropy, mieszając wątki kryminalne, obyczajowe i te z gatunku grozy, a do tego
sprawnie operuje zmieniającą się perspektywą, dzięki czemu uwaga czytelnika ani
na chwilę od historii nie ucieka. Oczywiście wszystkie zdarzenia prowadzą do
wielkiego finału, ale sama końcówka powieści nie jest aż tak oczywista, jak
podczas punktu kulminacyjnego można by sądzić. Zatem na bazie znanych rozwiązań
i motywów, autor buduje coś swojego, coś co mimo okropności zdarzeń sprawia
literacką przyjemność.
“Polybius” to bezsprzecznie udany debiut. Mimo
osadzenia historii na bazie horroru, autor nie gra tak, żeby jak najmocniej
przestraszyć - historia raczej niepokoi, pokazując jak szybko człowiek może
stać się kimś innym pod wpływem jednego bodźca. Czy to znaczy, że wszyscy
jesteśmy nieobliczalni? Doskonale zbudowany klimat małego miasteczka lat 80.,
przyjemne kreacje postaci i coś niesprecyzowanego w stylu, co sprawia, że
książkę czyta się w tempie ekspresowym, dają historię zajmującą i wyważoną,
która nawet w punkcie największej brutalności nie przekracza granicy tego, co
dla czytelnika znośne. To hołd dla automatów do gier, a zarazem przestroga
przed tym, co jakiekolwiek gry wizualne mogą w odbiorcy niezauważenie zasiewać…
Z chęcią sięgnę po kolejne książki autora!
Ciekawostka:
pomysł na książkę został oparty o jedną z najsłynniejszych legend w historii gier wideo.
Moja ocena: 8/10
Recenzja powstała w ramach współpracy z
Wydawnictwem Storylight.
Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!




.jpg)







