października 02, 2026

"Przed burzą" Michael Katz Krefeld

"Przed burzą" Michael Katz Krefeld

Autor: Michael Katz Krefeld
Tytuł: Przed burzą
Cykl: Maja Holm, tom 1
Tłumaczenie: Saga Egmont
Data premiery: 21.09.2026
Wydawnictwo: Saga Egmont
Liczba stron: 417
Audiobook: 14 godzin 19 minut, czyta Maciej Więckowski
Gatunek: kryminał
 
Zanim Michael Katz Krefeld stał się twórcą powieści kryminalnych, pracował dla telewizji - tworzył krótkometrażowe filmy i pisał scenariusze do seriali telewizyjnych, z których trzy nagrodzone zostały Emmy. Po ośmiu latach takiej pracy zdecydował się spróbować swoich sił w powieści - w końcu tworzenie miał we krwi, odziedziczył ten gen po swoim dziadku, który również pisał powieści kryminalne i swoją wiedzę przekazał wnukowi. “Przed burzą”, czyli pierwsza książka Michaela Katza Krefelda, światło dzienne ujrzała w 2007 roku i została ciepło przyjęta przez czytelników i krytyków, którzy przyznali jej duńską nagrodę literatury kryminalnej w kategorii debiutu. Od tego czasu minęło dziewiętnaście lat - Michael Katz Krefeld na swoim koncie ma osiemnaście powieści, z czego aż jedenaście należy do jednej serii ze śledczym Ravnem. Pozostałe siedem to również serie, jednak te już nie są tak rozbudowane - dwie serie, w tym ta zapoczątkowana “Przed burzą”, liczą zaledwie po dwa tomy, trzecia z Cecilie Mars na ten moment składa się z tomów trzech („Bestie nocy” recenzja – klik!). Książki Katz Krefelda wydawane są w dwudziestu krajach, w tym w Polsce: w latach 2014-2016 trzy pierwsze tomy z Ravnem wydało Wydawnictwo Literackie, a od 2024 roku jego twórczością zajmuje się wydawca książek cyfrowych Saga Egmont, który do tej pory wydało siedem jego powieści, a ósma jest już w grudniowych zapowiedziach.
 
Zima, małe nadmorskie norweskie miasteczko. Maja Holm, duńska lekarka, która dopiero niedawno zatrudniła się na zastępstwo w lokalnej przychodni i szpitalu, podczas nocnej zmiany na Oddziale Ratunkowym zostaje wezwana do nagłego przypadku przedawkowania. Niestety, to jeden z tych, których nie da się już odratować - po szybkiej akcji reanimacyjnej mężczyzna trafia do kostnicy. Kolejnego dnia po zmianie w przychodni, gdy Maja już jest po swoim domem, przypomina sobie o fakturach, które musi pilnie rozliczyć tego wieczoru. Problem w tym, że zostawiła je w swoim tymczasowym gabinecie w przychodni, w której nikogo już nie ma. Kiedy po ciemku wchodzi ponownie do swojego gabinetu, coś jest nie tak - ktoś tam jest, o czym Maja przekonuje się, gdy dostaje czymś w głowę. Czy to chłopak, który tego dnia tak mocno zabiegał o nową dawkę silnych leków przeciwbólowych? Po sprawdzeniu gabinetu okazuje się jednak, że to nie szafka z lekami była obiektem zainteresowania, a dokumenty pacjentów, wśród których znajduje się karta mężczyzny, który zmarł na jej zmianie poprzedniej nocy. Problem w tym, że z jego dokumentacji jasno wynika, że od kilku lat mężczyzna nie tknął narkotyków, a teraz nagle zabił się metadonem, który bierze się na początku odwyku. Coś w tym nie gra… Maja zaczyna grzebać w sprawie - musi dowiedzieć się, czy jej przeczucia są słuszne.
„(...) to, co budzi największy wstyd, chowa się najgłębiej. W tym samym zakamarku duszy, co żale i pogrzebane nadzieje.”
Książka rozpisana jest na prolog i 41 rozdziałów pisanych z perspektywy Mai w trzeciej osobie czasu przeszłego (z wyłączeniem prologu, który pisany jest z perspektywy umierającego mężczyzny). Akcja powieści ułożona jest w porządku chronologicznym, choć poprzez komentarze Mai powoli składamy również w całość jej własną przeszłość. Styl powieści jest prosty, momentami autor kusi się o nieco bardziej literackie porównania, mam jednak wrażenie, że polska wersja jest nie całkiem płynna - widać to szczególnie w dłuższych opisach emocji postaci, gdzie tekst traci swój rytm, a słowa nieraz bywają niefortunnie dobrane. Kiedy akcja przyspiesza, pojawiają się dialogi, te wrażenie znika.
„Bez względu na to, jak daleko podróżowała, wszystko nadal wydawało się kręcić w kółko, drogi i zmiany. Być może taka była prawdziwa anatomia piekła.”
Akcja powieści rozgrywa się w niewielkim norweskim nadmorskim miasteczku z ciekawą historią. Maja, jako że nie dba gdzie mieszka, bo i tak przebywa tam tylko chwilę, by przespać się i ruszać dalej do pracy, dom wynajęty ma w biednej Dzielnicy Śledziowej - jej nazwa wzięła się od poławiaczy śledzi, z których lata temu zasłynęło te miasteczko. To jednak nie jedyny rys lokalnego kolorytu, jaki można znaleźć w tej powieści - autor poświęca też trochę miejsca, by omówić historię poławiaczy, jak i pochylić się nad tak popularnymi tam polowaniami na dużego zwierza. Sama bliskość morza, jak i pora roku, zima, kiedy to co chwilę pada śnieg, dodają lekturze surowości, przenikającego klimatu chłodu.
 
Główna bohaterka też raczej nie ociepla atmosfery. Autor wprowadzając Dunkę w niewielkie norweskie miasteczko gra znanym motywem obcego, który dzięki swojej bezstronności widzi więcej. Problem w tym, że czytelnik nie jest pewny, czy może dedukcji Mai ufać - to kobieta uzależniona od leków, która czas poza szpitalem i przychodnią spędza najczęściej na piciu wina. A choć sama twierdzi, że dobrze nad swoją kondycją panuje, to kolejne łykane tabletki i kolejne kieliszki każą czytelnikowi w to powątpiewać. Więc kiedy całe otoczenie jej nie wierzy, to czy my wierzyć powinniśmy?
Widać, że autor chciał z Mai stworzyć postać ciekawą, skomplikowaną, która doskonale spełnia się jako lekarka, jest uczciwa i pomocna, a która równocześnie jest w życiu prywatnym kompletnie pogubiona - niełatwa relacja z matką, niejasny powód szybkiego wyjazdu z Danii, jej uzależnienia - to wszystko stawia duże znaki zapytania o jej własną przeszłość. Problem w tym, że mimo dobrze opracowanej historii postaci, autor nie zdołał jej uwiarygodnić pod kątem psychologicznym, a zatem jej los pozostaje dla czytelnika obojętny, a sama kreacja jest po prostu emocjonalnie płaska.
„- (...) Nie widzisz, że tylko siejesz chaos? Że niszczysz więcej, niż robisz dobrego.”
W sposobie prowadzenia intrygi również widać, że to debiut autora, że jeszcze nie do końca wyczuwa granice, za którymi czai się przesada. Krwawe sceny, dziwne doświadczenia bohaterki, który są lub nie jej majakami czy romansowe wstawki wydają się w tej historii bezpodstawne, przez co zamiast uatrakcyjnić fabułę, działają na jej niekorzyść - zwyczajnie nie pasują do głównej osi fabularnej. Intryga powieści ma ciekawy punkt wyjścia i ciekawe uzasadnienie, autor dobrze zagrał profesją głównej bohaterki, która mimo tego, że nie ma zasobów takich jak policja czy dziennikarze, cieszy się w społeczności jakąś pozycją - w końcu człowiek jest bardziej skłonny udzielić informacji swojemu lekarzowi niż całkowicie obcej osobie. Zatem i w tym punkcie autor miał dobry pomysł, zabrakło jednak tego wyczucia, dzięki któremu historia staje się angażująca i wiarygodna. Akcja toczy się tempem od umiarkowanego po dynamiczne, autor dobrze serwuje czytelnikowi kolejne tropy i informacje, dzięki czemu powstaje wrażenie, że cały czas coś się dzieje.
„(...) marzenia wcale nie są mniej osiągalne dla samotnych, ale być może ich pogoń za szczęściem jest bardziej intensywna.”
W “Przed burzą” widać już to, co autor zaprezentuje w przyszłości - dynamizm akcji, ciekawe tematy, które poprzez kryminalną opowieść porusza (tu jest to koloryt lokalny oraz problem uzależnienia). Jednak mimo wcześniejszego doświadczenia w tworzeniu scenariuszy, zabrakło mu wyczucia fabuły powieści kryminalnej i samej postaci, co jest przecież tak ważne, by czytelnik poczuł się w historię zaangażowany. Ciekawe tło, ewidentnie przemyślana burzliwa przeszłość bohaterki i skomplikowana zagadka kryminalna pozostają płaskie i obojętne bez wyczucia i wiarygodności psychologicznej. Może gdybyśmy czytali tę powieść dziewiętnaście lat temu odbiór byłby inny? Tego już nie sprawdzimy, teraz “Przed burzą” możemy traktować jako ciekawostkę, dzięki której docenimy kolejne powieści autora.
 
Moja ocena: 6/10
 

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Saga Egmont.


Dostępna jest też w abonamencie 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 01, 2026

"Niepokonane" William Faulkner, tłum. Jacek Dehnel

"Niepokonane" William Faulkner, tłum. Jacek Dehnel

Autor: William Faulkner
Tytuł: Niepokonane
Tłumaczenie: Jacek Dehnel
Data premiery: 23.09.2026
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura piękna
 
William Faulkner uznawany jest za jednego z najważniejszych pisarzy amerykańskich. Żył w latach 1897-1962 w stanie Missisipi na południu Stanów Zjednoczonych, co miało wyraźny wpływ na jego twórczość. Choć nie ukończył szkoły średniej, a po I wojnie światowej przez chwilę uczył się na Uniwersytecie, to jednak przede wszystkim kształcił się sam. Po raz pierwszy na rynku literackim pojawił się w 1924 roku ze zbiorem wierszy, które wydał na własny koszt. Dwa lata później ukazała się jego pierwsza powieść i od tego czasu tworzył regularnie: powieści, opowiadania, wiersze, współpracował również z Hollywood jako scenarzysta. Jego życie prywatne przebiegało dosyć burzliwie, co miało wpływ na to, jak odbierany był przez ówczesnych czytelników - krótko po II wojnie światowej z powodu własnego alkoholizmu popadł w niełaskę, by już wkrótce odżyć ponownie i to zarówno na scenie amerykańskiej, jak i europejskiej. W 1949 roku otrzymał Nagrodę Nobla, dwukrotnie zdobył Nagrodę Pulitzera i National Book Award. Większość z jego powieści toczy się w jednym uniwersum w mitycznym hrabstwie Yoknapatawpha w Missisipi, a część postaci to mitologizowana wersja jego własnej wielopokoleniowej rodziny.
 
Dzieła Williama Faulknera pojawiły się w Polsce już we wczesnym okresie PRL-u, w późnych latach 50. i miały duży wpływ na polskich twórców, jak i czytelników, którzy dobrze czuli się w świecie przez niego stworzonym - burzliwe dzieje Południa Ameryki dobrze współgrały z tym, co po powstaniu styczniowym aż po czasy powojenne działo się w Polsce. A choć jego proza nigdy nie zniknęła z naszego rynku, to jednak w ostatnich latach Wydawnictwo Znak podjęło się czegoś, na co warto zwrócić wyjątkową uwagę. Mianowicie od roku 2023 proza Faulknera jest tłumaczona na nowo! Do tej pory ukazały się cztery książki w przekładzie Jacka Dehnela, Piotra Tarczyńskiego i Michała Tabaczyńskiego, a zaplanowane są już kolejne dwie na rok 2027 i 2028. Właśnie w tej serii ukazały się “Niepokonane” w tłumaczeniu Jacka Dehnela, który zadbał o dobre zakorzenienie prozy w historii Południa Stanów Zjednoczonych oraz nadał stylowi formę zbliżoną do oryginału. Zresztą już za samą książką i sposobem, w jaki powstała, kryje się ciekawa historia…
 
 Południe Stanów Zjednoczonych, hrabstwo Yoknapatawpha, rok 1862. Trwa wojna secesyjna, ojciec Bayarda John Sartoris walczy ze swoim oddziałem na froncie. Dwunastoletni Bayard i Ringo z niecierpliwością wypatrują jego ponownej wizyty w domu, podczas której na pewno uraczy ich kolejnymi opowieściami z wojennej codzienności. Życie chłopców, mimo wojny toczy się stałym, spokojnym rytmem, a ich dobrobytu pilnuje Babcia, pani Rose, która gotowa jest ich chronić pod własną suknią i kłamać Jankesom w twarz. A mimo to nawet ich dosięgają konsekwencje wojny - widzą marsze czarnoskórych, którzy liczą na wyzwolenie, a ich każda wyprawa poza granice domu wiąże się z dużym niebezpieczeństwem. Jak w przeciągu najbliższej dekady zmieni się ich życie? Co przyniesie im wojna tuż za progiem, jak szybko każe im dorosnąć? Kto okaże się wart ich wiary, a kto srogo rozczaruje?
„Są granice tego co dziecko może przyjąć, przyswoić; nie tego w co może uwierzyć bo dziecko uwierzyć może w cokolwiek, jeśli dać mu czas, ale w tym co może przyjąć, istnieją granice czasowe, granice czasu który syci wiarę w niewiarygodne.”
Książka składa się z siedmiu rozdziałów, z czego sześć z nich początkowo powstały jako osobne opowiadania, które ukazywały się w The Saturday Evening Post w latach 1934-1936. Po kilku przeróbkach (które przybrały bardzo ciekawą formę, o czym pisze Jacek Dehnel w posłowiu) i dopisaniu ostatniego rozdziału, książka wydana została jako powieść w 1938 (w Polsce w 1964 roku w tłumaczeniu Ewy Życieńskiej). Każdy z rozdziałów jest tytułowany i każdy dzielony jest na numerowane podrozdziały (jest ich kilka, a zatem i tak każdy podrozdział liczy dość konkretną liczbę stron). Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego z perspektywy Bayarda, któremu zdarza się wspomnieniami załamywać chronologię zdarzeń. Jego narracja mimo wszystko przybiera sprawną formę - są sceny dynamiczne, są sceny zabawne, są i takie, które mocno emocjonalnie poruszają.
„Bo dziwne to były czasy. Przez cztery lata żyliśmy tylko dla jednej sprawy, nawet kobiety i dzieci które nie mogły walczyć: żeby wypędzić jankeskie oddziały z kraju; myśleliśmy że jak to się stanie to będzie już po wszystkim.”
Styl, w jakim książka jest pisana, zasługuje na osobną uwagę. Faulkner uznawany jest za przedstawiciela prozy modernistycznej, dla której najważniejszy był przekaz emocjonalny, a język i jego gramatyka były narzędziem, który ten przekaz umożliwiał. U Faulknera widać to mocno w interpunkcji, przede wszystkim w braku przecinków w miejscach, w których nakazuje to gramatyka - dzięki temu zdania nie są przerywane. A zdania, jakie autor tworzy, bywają bardzo długie - Faulkner lubuje się w strumieniach świadomości, w których nie tylko znacząca jest interpunkcja (lub raczej jej brak) ale też zamiłowanie do słowotwórstwa - często pojawiają się wyrazy, które powstają z dwóch innych. Przez to nie tylko jedno zdanie może ciągnąć się nawet i przez pół strony, ale tworzy tak zawiły konstrukt, że potrzeba maksymalnego skupienia, by zrozumieć jego przekaz - przyznam, że momentami na tym poległam. Tekst jednak nie składa się tylko i wyłącznie z tego typu zdań, więc mimo kilku chwil zagubienia, przy całej lekturze bawiłam się zaskakująco dobrze.
„– Tak – odparł Wujaszek Buck – każdy popełnia błędy. Twój kłopot w tym, że popełniłeś ich zbyt wiele. Bo błędy są złe. Patrz na Rosę Millard. Popełniła tylko jeden i patrz na nią. A ty popełniłeś dwa.
(...)
– Jakie niby?
– Że urodziłeś się za wcześnie i umierasz za późno – odparł Wujaszek Buck.”
Słowotwórstwo, swobodna interpunkcja i długie zdania to nie jednym punkty charakterystyczne dla prozy Faulknera, którą przybliża nam Jacek Dehnel. To też dopasowanie językowe do każdej z postaci - tu biały zamożny człowiek wypowiada się inaczej niż ubogi, inaczej miastowy i pochodzący z terenów wiejskich, ale najbardziej wyróżnia się mowa czarnoskórych niewolników, którzy wypowiadają się w bardzo specyficzny sposób połykając niektóre głoski. Jacek Dehnel starając się, by polskie twory językowe były jak najbliższe oryginałowi, stawia na pisownię fonetyczną z pominięciem niektórych liter - z pewnością było to spore wyzwanie translatorskie, efekt jednak jest niesamowity!
„Poszło szybko, ot tak, jak za każdym razem kiedy ktokolwiek o nazwisku Sartoris czy Millard znajdował się w zasięgu wzroku słuchu czy smrodu Jankesów, jakby Jankesi nie byli ani ludźmi ani światopoglądem ani nawet formą zachowania, ale raczej jakimś wąwozem, przepaścią, w którą Babcia i Ringo i ja byliśmy na łapu‑capu zasysani ilekroć się do nich zbliżyliśmy.”
To jednak nie jedyny translatorski wkład Jacka Dehnela w tę powieść. Książka opatrzona jest ogromną ilością przypisów, które mają za zadanie dobrze osadzić czytelników w tamtym świecie. Chodzi o to, że Faulkner mocno bazuje na faktycznych wydarzeniach historycznych z czasów wojny secesyjnej, wplata w to ówczesną tradycję, kondycję życia mieszkańców Południa i historię swoich postaci z wydanych już powieści. To tworzy mieszankę, która bez dodatkowego wytłumaczenia byłaby po prostu dla polskiego czytelnika o połowę uboższą wersją niż dla czytelników rodzimych czasów życia autora. Wiedza, jaką Jacek Dehnel w przypisach przekazuje, jest ogromna, a dodatkowo uzupełniona jest posłowiem.
„Bo wojny to wojny: ten sam wybuchający proch odkąd jest proch, te same pchnięcia i parowania żelazem kiedy prochu jeszcze nie było – jedna baśń, jedna opowieść, taka sama jak następna i jak poprzednia. Wiedzieliśmy więc że wojna istnieje; musieliśmy w to wierzyć, podobnie jak musieliśmy wierzyć że życie jakie prowadziliśmy przez ostatnie trzy lata zowie się mordęgą i cierpieniem. Ale nie mieliśmy na to żadnego dowodu.”
No dobrze, a co z samą powieścią? Jako że Faulkner wielkim pisarzem był, to z pewnością książka doczekała się ogromnej liczby opracowań. Dla mnie, czytelniczki, która po raz pierwszy sięgnęła po twórczość autora, jest to przede wszystkim opowieść o dojrzewaniu na tle świata, którego wartości w czasie wojny stają na głowie. Bayard, gdy poznajemy go po raz pierwszy, jest dwunastoletnim chłopcem, który wcześnie pozbawiony matki, stawia swojego ojca na piedestale, a na co dzień żyje pod rządami religijnej i pilnującej dobrego wychowania babci i czarnoskórej gosposi. Co ciekawe, całe swoje życie wychowywany jest z Ringiem, czarnoskórym chłopcem w jego wieku, który teoretycznie jest niewolnikiem jego ojca, Johna Sartorisa, a w praktyce rodzinie traktowany jest w rodzinie na równi z nim, a on traktuje go jak bliskiego przyjaciela, może nawet brata. W chwili ich poznania mamy do czynienia z dzieciakami, które mają w głowach wyidealizowany obraz wojny i żołnierzy, którzy biorą w niej udział (scena ze strzelaniem do Jankesów jest po prostu mistrzowska!). Wraz z kolejnymi rozdziałami, gdy chłopcy dorastają (w ostatnim rozdziale mają po 23 lata) i zdobywają nowe, najczęściej za poważne w stosunku do wieku doświadczenia, obserwują, co wojna robi z ich sąsiadami i rodziną ten obraz ulega znaczącej zmianie, by w ostatnim rozdziale wprowadzić ich w prawdziwą, ostateczną dorosłość. Przygody, jakie spotykają ich w międzyczasie, mają często klimat filmowy - raz humorystyczne, raz bardzo emocjonalne - i mocno oddziałują na wyobraźnię.
„(...) musieliśmy zrobić znacznie więcej niż można wymagać od dzieci bo powinna być jakaś granica wieku, przynajmniej młodego wieku poniżej której nie musi się nikogo zabijać.”
Cała ta historia dorastających chłopców toczy się na tle wielkiej historii Ameryki. Zaciekawił mnie sposób, w jakim autor oddał relacje pomiędzy białymi a czarnoskórymi postaciami, czego przykładem jest wspomniany wcześniej Ringo. Co ciekawe, kolor skóry nie jest przez autora mocno podkreślony, gdyby nie imiona, nie zawsze byłabym w stanie określić rasę postaci. Warta zauważenia jest też rola kobiet w powieści - to przecież babcia chłopców w pewnym momencie przejmuje stery, swoim sprytem i uporem zapewnia nie tylko im środki do życia, ale i całej okolicy niezależnie od kolory skóry. Jest też i kuzynka Bayarda, kobieta wyzwolona, która staje naprzeciw konwenansom.
„(...) może dla kobiet nigdy nie ma dziwnych czasów: jest tylko to stałe monotonne coś pełne kolejnych szaleństw ich mężczyzn.”
“Niepokonane” to powieść, która zaskakuje. Na pierwszy rzut oka jest to proza niełatwa, przez sposób formułowania długich zdań, słowotwórstwa i znanych nam zasad interpunkcyjnych wymaga od czytelnika ciszy i skupienia. Nawet gdy już złapie się rytm lektury, są fragmenty, które nieco z tego rytmu wypadają, których zagmatwanie jest tak duże, że nie zawsze przekaz autora jest jasny. Ale warto dać jej szansę. Kiedy już wniknie się w ten świat, pozna postacie i całe tło historyczne, zaczyna się narracja, która ma tendencję do porywania czytelnika w dynamiczne, zaskakujące fabularnie akcje. Sceny opisane są w sposób bardzo obrazowy, mocno nasycony emocjami, dzięki czemu są barwne i żywe – faktycznie, jak głosi okładka książki, mocno filmowe. Całe tło historyczne (choć, jak tłumacz wskazuje, momentami nie całkiem spójne, czego, gdyby Faulkner żył współcześnie, czytelnicy by mu nie wybaczyli!) i społeczne, podejście do kobiet i do czarnoskórych, jak i do obowiązków białego dziedzica rysują przed czytelnikiem świat skomplikowany, świat ogarnięty gorączką wojny i mocno zmieniających się czasów. Komentarze tłumacza niesamowicie dokładnie cały ten obraz pogłębiły, dzięki czemu lektura “Niepokonanych” była nie tylko ciekawym literackim doświadczeniem, ale też ogromną dawką wiedzy o ówczesnych czasach. Choć momentami czułam się w tych zawiłych zdaniach Faulknera zagubiona, to jednak jest w tej prozie coś takiego, że mam nadzieję, że na tej jednej książce moja przygoda z jego prozą się nie skończy.
„(...) i wtedy uświadomiłem sobie niezasypywalną przepaść pomiędzy całym życiem i całą literaturą – że ci którzy mogą, robią swoje, a ci którzy nie mogą oraz wystarczająco cierpią z tego powodu że nie mogą, piszą o tym.”
Moja ocena: 7,5/10 (tłumaczenie 8/10!)
 
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

października 01, 2026

"Zaproszenie" Sebastian Fitzek - zapowiedź patronacka

"Zaproszenie" Sebastian Fitzek - zapowiedź patronacka
Mistrz najbardziej pokręconych thrillerów świata powraca! Już 14 października polską premierę będzie miała jedna z najnowszych powieści Sebastiana Fitzka pt. "Zaproszenie", która ukaże się pod patronatem medialnym Kryminału na talerzu! 

Wspomnienia Marli Lindberg są krystalicznie czyste: pamięta wyraźnie zagadkową wiadomość, która zwabiła ją do nieczynnej kliniki położniczej, przerażającą postać, która próbowała ją zabić i świszczący kaszel psychopatycznego mordercy podczas walki na śmierć i życie. Po latach psychoterapii okazuje się jednak, że wszystkie te wspomnienia są fałszywe. A ponieważ Marla cierpi na „ślepotę na twarze”, jej mózg nieustannie ją oszukuje.
Kiedy Marla otrzymuje zaproszenie na zjazd klasowy w Alpach, ma nadzieję, że będzie mogła powspominać szkolne lata z dawnymi przyjaciółmi. Gdy przybywa do zaśnieżonego górskiego hotelu, wszystkie pokoje są już zajęte. Na stole pozostały brudne naczynia, w kominku płonie ogień. Marla zaczyna szukać pozostałych uczestników spotkania. I wtedy znowu to słyszy. Ktoś gwiżdże i kaszle, na zewnątrz, w lodowatej ciemności...

Jeśli choć raz mieliście do czynienia z prozą tego autora, to z pewnością wiecie, jak doskonale żongluje twistami fabularnymi nieustannie obracając całą historię o sto osiemdziesiąt stopni. To jego znak szczególny, który w "Zaproszeniu" podbity jest czymś jeszcze - genialnie zbudowaną atmosferą lęku, niepewności, grozy i zamknięcia, dzięki czemu doskonale pokręcony thriller zaczyna przeplatać się z napięciem, jakie tylko powieści grozy potrafią zaserwować... Zatem zaopatrzcie się w obszerny koc, pod którym można się schować, jeśli będziecie czytać nocą, miejcie ciężką latarkę pod ręką i wtedy jesteście gotowi, by przyjąć te "Zaproszenie"! Idealnie niepokojąca lektura na tę jesień! 


 Autor: Sebastian Fitzek
Tytuł: Zaproszenie
Tłumaczenie: Paweł Wieczorek
Data premiery: 14.10.2026
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 400
Gatunek: psychothriller

Książka dostępna jest już w przedsprzedaży. 

We współpracy patronackiej z Wydawnictwem Albatros. 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

września 30, 2026

"Rzeka kłamstw" Lisa Regan - zapowiedź patronacka

"Rzeka kłamstw" Lisa Regan - zapowiedź patronacka
Wydawnictwo Dolnośląskie nie mogło zostawić nas bez nowego tomu przygód Josie Quinn na jesienno-zimowe długie wieczory, prawda? Już 14 października na polskim rynku ukaże się "Rzeka kłamstw", trzynasty tom serii z tą detektywką, a Kryminał na talerzu ma przyjemność gościć na nim podwójnie - na tylnej okładce znajdziecie moje logo, a na skrzydełku kilka słów polecenia! 

Niełatwo prowadzić dochodzenie, gdy dotyczy ono ludzi z bliskiego otoczenia. Josie Quinn przekonuje się o tym po raz kolejny, kiedy w jej domu zjawia się policjant Finn Mattner, szalejący z niepokoju o los swojej życiowej partnerki Amber Watts. Rzeczniczka prasowa policji zniknęła bez śladu.
Zaginiona nie ma przy sobie telefonu ani dokumentów. Na oszronionej szybie jej auta Josie znajduje tajemniczą wiadomość, która prowadzi do tamy na obrzeżach Denton. Tam odkrywa ciało rudowłosej kobiety łudząco podobnej do Amber.
Z czasem wychodzi na jaw, że rzeczniczka i jej bliscy skrywają wiele tajemnic, a Josie zaczyna się zastanawiać, czy powinna ufać ludziom, z którymi pracuje. Może w jej otoczeniu jest ktoś gotów zabić, by chronić swoje mroczne sekrety? A może zło czai się zupełnie gdzie indziej – poza zasięgiem podejrzeń?

Tak się zastanawiam - czy to pierwszy tom z Josie w zimowej odsłonie? Tak mi się wydaje, na pewno pierwszy, w którym zima jest tak wyraźnie odczuwalna - stale pada śnieg, temperatura panuje taka, że bez rękawiczek ręce zamarzają. A jednak i w tych warunkach śledczym z Denton przychodzi prowadzić śledztwo - śledztwo, które po raz kolejne dotyczy jednego z nich, a więc w kontraście do temperatury na zewnątrz, emocje postaci sięgają zenitu! Ciekawe miejsce zbrodni, klimatyczna aura i zagadka kryminalna, która frapuje, jak każda, którą do tej pory przygotowała dla nas Lisa Regan - "Rzeka kłamstw" sprawdzi się doskonale zarówno jako lektura dla tych, co serię dobrze już znają, jak i dla nowych czytelników. 

Autorka: Lisa Regan
Tytuł: Rzeka kłamstw
Cykl: Josie Quinn, tom 13
Tłumaczenie: Marta Czub
Data premiery: 14.10.2026
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 368
Gatunek: kryminał

Książka dostępna jest już w przedsprzedaży. 

We współpracy patronackiej z Wydawnictwem Dolnośląskim. 

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

września 29, 2026

"Niecodzienne przypadki Denny'ego Vossa" Holly Kennedy

"Niecodzienne przypadki Denny'ego Vossa" Holly Kennedy

Autorka: Holly Kennedy
Tytuł: Niecodzienne przypadki Denny’ego Vossa
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Data premiery: 23.09.2026
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 416
Gatunek: powieść obyczajowo-kryminalna
 
“Niecodzienne przypadki Denny’ego Vossa” to pierwsza powieść kanadyjskiej pisarki Holly Kennedy, jaka została przetłumaczona na polski, a zarazem jej powrót na rodzimy rynek literacki po kilkunastu latach milczenia. I to powrót w wielkim stylu, gdyż książka zachwyca czytelników każdego kraju, w jakim zostaje wydana! Jak sama autorka w posłowiu przyznaje - pomysł, a nawet pierwsze rozdziały powieści powstały już w okolicy 2010 roku, a Denny nie chciał dać jej spokoju, póki jego historii nie opowiedziała. Równocześnie postawił przed nią spore wyzwanie, które zajęło jej lata przygotowań i pracy nad książką, by powstała w formie najlepszej, na jaką było ją stać. To docenili nie tylko czytelnicy, ale też i krytycy - znalazła się na liście finałowej Edgar Award 2026 i nominowanych do Giller Prize 2025. Autorka nie ukrywa, że zawarła w niej sporo motywów autobiograficznych, które ubrała w fikcję literacką, a sam Denny jest wytworem jej wyobraźni.
Przed “Niecodziennymi przypadkami Denny’ego Vossa” w latach 2005-2008 wydała trzy inne powieści obyczajowe, które również cieszyły się sporą popularnością, doczekały się też tłumaczeń na języki obce.
 
Zima, niewielkie miasteczko Woodmont w stanie Minnesota. Trzydziestoletni Denny Voss został zatrzymany przez policję pod zarzutem zabójstwa lokalnego biznesmena Henry’ego Tesky’ego, kiedy zderzył się z drzewem jadąc sankami pełnymi broni na lokalny komisariat. Zatrzymanie w areszcie to dla niego wyjątkowo trudne przeżycie - Denny jest neuroatypowy, a jego iloraz inteligencji jest tylko nieznacznie wyższy od granicy, za którą prawnie ustanowiona jest niepełnosprawność. Teraz, kilka dni po usłyszeniu zarzutów, Denny codziennie opowiada swoją historię terapeucie wynajętemu przez prawniczkę, z pomocą którego mają dojść do sedna sprawy i udowodnić niewinność Denny’ego. A żeby to zrobić, historia musi cofnąć się o rok, kiedy to po raz pierwszy usłyszał od swojej matki, że powinien samodzielnie zająć się rozwiązywaniem własnych problemów. I tak doszło do porwania Toma Hanksa. Wyjątkowo niesympatycznej gęsi kanadyjskiej.
 
Książka rozpisana jest kilkustronicowe rozdziały opatrzone tytułem i uroczą, dedykowaną dla każdego rozdziału oddzielnie grafiką. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie czasu przeszłego przez Denny’ego, który od czasu do czasu zwraca się bezpośrednio do swojego odbiorcy. To właśnie nad stylem powieści autorka tak długo pracowała - jak oddać głos osobie neuroatypowej, by nie brzmiała banalnie czy prześmiewczo? Holly Kennedy znalazła doskonały balans, narracja Denny’ego brzmi prosto i naturalnie, a zarazem podkreśla na jakie elementy świata go otaczającego bohater zwraca uwagę. W jego narracji jest dużo dźwięków - nieraz pisanych dużymi literami mającymi podkreślić ich wagę. Słowa i idiomy, których znaczenia Denny się dopiero uczy mają swoje wytłumaczenia zapisane w nawiasie, a zdania są krótkie, ich człony prowadzone logicznie - coś wynika z czegoś. Nie ma tu miejsca na literackie ubarwienia, metafory, jest świat dokładnie taki, jakim widzi go Denny i jego własne na ten temat refleksje - bardzo logiczne, jeśli weźmie się pod uwagę zasób wiedzy i zasad Denny’ego. Przez prostotę stylu początkowo lektura może wydać się nieco dziwna, wystarczy jednak chwila, by do niego przywyknąć i w pełni cieszyć się możliwością spojrzenia na życie bez filtrów, dokładnie tak, jak Denny.
„Podłoga w recepcji skrzypi, kiedy ludzie po niej chodzą, a piec zaraz po uruchomieniu jest BARDZO GŁOŚNY, ale żadna z tych rzeczy już mi tak nie przeszkadzała jak wtedy, kiedy mnie tu zamknęli, przyzwyczaiłem się do nich i chyba nawet lepiej mi się przy tym śpi.
Bo mogę liczyć na te odgłosy.
A kiedy możesz na coś liczyć, czujesz się bezpiecznie.”
W ostatnich latach coraz częściej w filmach, serialach i książkach pojawiają się neuroatypowi bohaterowie, ale na pewno nie może być jeszcze mowy o przesycie. W przypadku Denny’ego szczególnie ważna jest jego relacja z otoczeniem - czytelnik może zaobserwować jak obcy na niego reagują (przeważnie są to reakcje negatywne) i porównać je z tym, co w tym momencie myśli Denny. To bardzo cenna lekcja, która poszerza perspektywy - uczy tego, co ciągle sobie powtarzamy, a co nadal w stresujących sytuacjach nam nie wychodzi: by nie oceniać z góry, a tak jak Denny obserwować i próbować zrozumieć powody.
 
Bez wątpienia Denny to świetna i do perfekcji dopracowana postać. Został wychowany w miłości, otoczony opieką Babci-Jo, która przewrotnie jest jego mamą, i wsparciem kuzyna Angusa, który mieszka tuż obok, w drugiej części bliźniaka. To głównie dzięki nim i zmarłemu już Tacie-Jo, Denny jest pewny siebie, wie, że to, jakim jest, jest wystarczające. Jest dobrym człowiekiem, który nie chce nikogo krzywdzić, choć jak każdy z nas, czasami się złości i ma swoje antypatie, ale jego zasady zdają się bardziej żelazne od tych, którym my się na co dzień porządkujemy. Wraz z biegiem lektury czytelnik obserwuje Denny’ego w różnych sytuacjach, uczy się, jak bohater radzi sobie w przeróżnymi emocjami i docenia jego prostolinijność relacji - dla niego każdy człowiek z natury jest dobry, każdy ma szansę o sobie opowiedzieć. To oczywiście naraża go często na niebezpieczne sytuacje, to - można powiedzieć - pewna naiwność w dzisiejszych czasach, ale jednocześnie to naiwność odświeżająca, która pozwala mu doświadczyć czegoś, czego my, zamknięci w swoich klatkach postrzegania, możemy nigdy nie doświadczyć. Tylko czy właśnie przez to Denny nie wplątał się w zbrodnię?
„Nie chcę, żeby się bał, bo nie ma nic gorszego, niż być przerażonym.”
Początek historii, jak i jej opis, mogą sugerować, że powieść gatunkowo kręci się wokół kryminału. Nie do końca tak jest, kryminalne akcenty pojawiają się dopiero pod koniec, a mimo to intryga, jaką autorka zbudowała, robi wrażenie. Rozwiązanie zagadki zbrodni mnie zaskoczyło, a równocześnie zwróciło uwagę na zagadnienia dotyczące manipulacji i przemocy. Sposób, w jaki Denny wplątał się w tę zbrodnię, mocno podkreśla problem, a raczej plagę przestępstw z użyciem broni, z którą od lat zmagają się Stany Zjednoczone. Zatem mimo tego ciepłego, dobrego wydźwięku, jaki powstaje dzięki pięknej kreacji Denny’ego, w książce nadal jest miejsce na tematy trudne, zbrodnie i czarne charaktery, które mają przerażająco ludzką twarz.
„– Cóż, czas chyba, żebyśmy spojrzeli na jaśniejszą stronę sprawy.
– A jest taka? – spytał Angus.
Bridget schowała dokumenty do skórzanej torby.
– Jest – odpowiedziała. – Stan Minnesota w tysiąc dziewięćset jedenastym roku zniósł karę śmierci, więc jeśli Denny zostanie uznany za winnego, na pewno nie zostanie skazany na śmierć.
Wydawało mi się, że to rzeczywiście dobra wiadomość, więc powiedziałem „Alleluja”, bo jak zawsze mówi Babcia‑Jo, ważne jest, żeby kończyć każdą rozmowę pozytywnym akcentem.”
Czy jest zatem ta powieść? To przede wszystkim historia obyczajowa pełna bezinteresownej troski i prostolinijności w postrzeganiu świata. To powieść, w której ludzie i zwierzęta traktowane są na równych zasadach, a świat, w którym żyją, jest pełen miejsca dla każdej “inności”. To ciepła opowieść, która czasem wywołuje uśmiech na ustach, czasem ściskająca gdzieś w środku wzruszeniem. Mimo niełatwych tematów pogodna i podnosząca na duchu, a zarazem ucząca tego, co już dobrze powinniśmy mieć w sobie zakodowane - by nigdy nikogo nie oceniać, a już na pewno nie robić tego przy pierwszym spotkaniu. Najczęściej to troska, czy zwyczajne zainteresowanie otwierają nas na to, co naprawdę dobre. Holly Kennedy w “Niecodziennych przypadkach Denny’ego Vossa” stworzyła niesamowicie prosty świat, a pozornie to właśnie ta prostota jest zawsze najtrudniejsza do oddania - jej udało się to znakomicie!
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Albatros.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

września 28, 2026

"Sztab" Moa Berglöf, Joakim Zander

"Sztab" Moa Berglöf, Joakim Zander

Autorzy: Moa Berglöf, Joakim Zander
Tytuł: Sztab
Tłumaczenie: Maciej Muszalski
Data premiery: 16.09.2026
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 400
Gatunek: thriller polityczny
 
“Sztab” to pierwsza wspólna książka Moi Berglöf i Joakima Zandera, która w Szwecji ukazała się w marcu 2025 roku. Obydwoje wykorzystują w niej własne doświadczenia z przeszłości - Joakim Zander z czasów, gdy pracował w Parlamencie Europejskim, Moa Berglöf dziesięciolecie spędzone przy boku Fredrika Reinfeldta i Partii Moderaterna. Dla niej jest to debiut literacki, choć wcześniej napisała już książkę non-fiction. Dla niego to piąty tytuł w dorobku literackim, ale pierwszy pisany w duecie. Książki Zandera są tłumaczone na języki obce, w tym również na polski, jedna z nich pt. “Uczciwe życie” (recenzja - klik!) już została zekranizowana, druga, jego debiut pt. “Pływak” właśnie jest w fazie produkcji.
 
Czasy współczesne, grudzień, Sztokholm. Julia Popović i Alfred Swärd tworzą zgraną parę, od kilkunastu lat wychowują razem dwójkę dzieci. Przez większą część tego czasu Julia skupiała się na swojej karierze dziennikarki politycznej, teraz jednak wdepnęła tam, gdzie nie powinna, przez co została zdegradowana do roli zwyczajnej dziennikarki, choć powód zmiany zataiła przed swoim partnerem. Zatem to dla niego przyszedł teraz czas na rozwój, do którego doszło zaskakująco szybko - jako konsultant PR udzielił wywiadu w telewizji, który zelektryzował media i nie tylko, zainteresował się nim również dział polityki. Został zaproszony na rozmowę do sztabu premiera, podczas której zaoferowano mu rolę rzecznika prasowego. Choć Alfred nigdy nie był tak mocno zaangażowany w politykę jak jego żona, przystaje na propozycję - dzięki temu jego nazwisko stanie się znane w całym kraju, a zatem ofert pracy do końca życia mu nie zabraknie. Od razu jednak zostaje wypchnięty na szeroką wodę - już w Nowy Rok przychodzi mu gasić pierwszy wizerunkowy pożar. W tym czasie Julia dostaje anonimowe zaproszenie na treningi koszykówki - czy to właśnie zwolniona rzeczniczka prasowa, a zarazem powód jej własnej degradacji, która po godzinach trenuje drużynę koszykarską swojego syna, w ten sposób chce dać jej do zrozumienia, że wie coś, co popchnie jej zawieszone śledztwo w sprawie tajemniczych pobytów premiera w Brukseli do przodu? Czyżby jednak szła dobrym tropem przed degradacją? Na razie nic nie jest pewne, musi więc trzymać Alfreda w niewiedzy, gdy on sam stawia pierwsze, naiwne kroki w środowisku, którego brudne gierki są jej od lat dobrze znane…
„- (...) jeśli masz wiedzę, trudniej zaprzeczać (...).
- Już się nad tym zastanawiałem. - odparł Alfred. - To znaczy, że istnieje coś, czemu trzeba będzie zaprzeczać? (...)
- A czy nie zawsze tak jest?”
Książka podzielona jest na sześć części i sześćdziesiąt siedem rozdziałów, które często rozpisane są na krótsze fragmenty. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego w naprzemiennej perspektywie Julii i Alfreda, którzy już po samym sposobie reakcji na zdarzenia, jak i toku myślenia są w stanie pokazać jakimi są ludźmi. Język, jakim narrator się posługuje, jest jasny i przejrzysty, czytelnik nie musi orientować się w tematach politycznych, by w historii się nie pogubić. Książkę czyta się dobrze, jest sporo dialogów, a styl prowadzenia narracji jest swobodny i lekko zadziorny, w odpowiednich momentach podbity małymi uszczypliwościami, dzięki czemu nawet tematy polityczne nie sprawiają przytłaczającego wrażenia.
 
Świat polityki poznajemy równocześnie z dwóch stron: z zewnątrz oczami dziennikarki, która dobrze te środowisko zna, jednak teraz zmuszona jest działać bez zaplecza, jakie oferowała jej zawsze redakcja, i nowicjusza, który zna się na public relations, jednak nigdy jeszcze nie poruszał się wśród polityków. I właśnie dzięki Alfredowi czytelnik nie czuje się zagubiony - możemy wchodzić i odkrywać ten świat razem z nim, może nawet go wyprzedzać, bo Alfred początkowo bardzo łatwo wierzy w przychylność swoich współpracowników. A jednak mimo że w teorii wszyscy grają do jednej bramki, to wcale nie znaczy, że faktycznie ze sobą szczerze współpracują - nawet w jednym sztabie panują układy i układziki, a intrygi i knowania ścielą się zaskakująco gęsto…
„Każdy musi zdecydować, ile jest w stanie udźwignąć. W jakie plotki chce wierzyć, kiedy sprawdzać, ile w nich prawdy, a kiedy zamknąć oczy.”
Historia jednak nie toczy się tempem specjalnie zawrotnym - jest w niej miejsce na wątki prywatne postaci, zwyczajną codzienność Julii i Alfreda, którzy jakoś w tym chaosie próbują wychować dwójkę dzieci i nie stracić siebie samych z oczu. Ich związek przez zmiany zawodowe zaczyna się chwiać, a sekrety, które obydwoje zaczynają gromadzić, coraz mocniej wpływają na sposób ich komunikacji. Gniew, żal, niewypowiedziane pretensje, dziwne godziny pracy Alfreda i zmiana zawodowa Julii mocno oddziałują na ich relację.
 
Ze względu na dwie perspektywy punkty napędzające intrygę są dwa - prywatne śledztwo Julii i strzępy informacji, jakie zaczynają budzić w Alfredzie wątpliwości. Od początku da się wyczuć subtelne fabularne napięcie, które przez sporą część powieści pozostaje na stałym poziomie - coś uwiera, nie jesteśmy jednak pewni co. Intryga zbudowana jest sprawnie, wprowadza istotne, acz niedominujące nad intrygą wątki dotyczące niepokojów współczesnej polityki, a tym, co elektryzuje najmocniej, jest chwiejna relacja Julii i Alfreda. Dopiero z czasem szala zaczyna przeważać na stronę sekretów, jakie skrywa sztab, a akcja znacząco przyspiesza dopiero pod koniec powieści. Kilka dobrych twistów (które najczęściej zachodzą pod koniec każdej z części) angażuje czytelnika na tyle, że chce czytać dalej, a zakończenie, które pozostawia kilka furtek szeroko otwartych sugeruje, że to chyba nie koniec historii Julii i Alfreda.
„To nie paranoja, jeśli czuje się strach przed czymś, co się dzieje naprawdę (...).”
Kreacje głównych postaci są mocną stroną powieści. Alfred jest ujmująco dobry, a Julia wzbudza nieco mniej pozytywne emocje, jej podejście do życia wydaje się bardziej egoistyczne, skupione na karierze, która daje jej poczucie misji, dla której zdaje się, jest gotowa poświęcić wszystko (a zatem czasem pakuje się w sytuacje mocno ryzykowne, takie, w których czytelnik krzyczy: nie idź tam!). Dzięki temu przez sporą część powieści to na jej barkach leży zainteresowanie czytelnika intrygą, jej prywatnym, tajnym śledztwem, a Alfred to po prostu ktoś, komu kibicujemy. Choć to prosta charakterystyka, to jednak obydwoje są w swojej psychologii wiarygodni, przez co ich prywatne i zawodowe zmagania nie pozostawiają czytelnika obojętnym.
 
Akcja powieści rozgrywa się w Szwecji i Belgii, a choć nie miejsca są w niej najważniejsze, to jednak nie przechodzą niezauważone. Autorzy sprytnie wplatają porównanie życia w tych państwach, a wędrówki uliczkami Sztokholmu i Brukseli w zimowej scenerii wypadają bardzo klimatycznie. Mimo typowo miejskiej aury znajdzie się też kilka fragmentów, które zapraszają nas w nieco mniej uczęszczane skandynawskie rejony.
„Jeśli miesiące spędzone w sztabie premiera czegoś mnie nauczyły, to właśnie tego, że nic nie jest takie, jak się wydaje. I nikt nic nie robi z normalnego powodu.”
Po lekturze “Sztabu” nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to tylko część historii, jaką zaplanowali Moa Berglöf i Joakim Zander - jest w niej po prostu za dużo pobocznych postaci o pewnej fabularnej niewykorzystanej wadze, pewnych otwartych wątków, by książka miała stanowić jedną, zamkniętą powieść. To byłby po prostu potencjał niewykorzystany! Jako początek serii “Sztab” sprawdzi się dobrze - spokojnie wprowadza czytelnika w świat wielkiej polityki, w której potrzeby społeczne mieszają się z prywatnymi ambicjami polityków. Intryga powieści rozwija się powoli, ale od samego początku w pewien sposób frapuje, a prywatna relacja Alfreda i Julii nadają thrillerowi politycznemu bardzo ludzkie, zwyczajne oblicze. Spodobał mi się też styl, w jakim książka jest pisana - czasami uwaga autorów kieruje się w nieoczywistą stronę, dzięki czemu powaga sytuacji nie zawsze zostaje zachowana. I dobrze, to nadaje historii lekkości!
 
Moja ocena: 7/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Sonia Draga.


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

września 25, 2026

"Gdyby książki mogły zabijać" Kate Eberle - recenzja ambasadorska

"Gdyby książki mogły zabijać" Kate Eberle - recenzja ambasadorska

Autorka: Kate Eberle
Tytuł: Gdyby książki mogły zabijać
Tłumaczenie: Maria Gębicka-Frąc
Data premiery: 23.09.2026
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron:464
Gatunek: komedia romantyczno-kryminalna
 
“Gdyby książki mogły zabijać” to debiut literacki Kate Eberle, która po studiach dziennikarskich na Uniwersytecie Bostońskim odkryła, że jednak tym, co chce pisać, jest fikcja. I to fikcja nie byle jaka! W jej fikcyjnej powieści powstaje druga fikcyjna historia - książka w książce? Nie do końca, to powieść, jakiej jeszcze na rynku nie było! Tylko że problem teraz jest taki - skoro autorka zaczęła swoją przygodę literacką tak niebanalnym pomysłem, to jak dorówna mu w swojej dalszej karierze pisarskiej?
 
Znana angielska autorka powieści romantycznych Anna Matthews, na której nową książkę czeka wielu czytelników na świecie już od dobrych kilku lat, postanawia, że pora coś zmienić. Decyduje się na radykalną zmianę gatunku, czym mocno zaskoczy swoich fanów. Dla jednej z nich, mieszkającej w Bostonie Roxie Mitchell, jest to szczególnie zła wiadomość - właśnie spełniło się jej nie do końca na poważnie wypowiedziane życzenie, by stać się następną bohaterką powieści tej autorki... Problem w tym, że Roxie nie mogła przewidzieć, że zamiast do komedii romantycznej, trafi do iście morderczego thrillera!
„W głowie mi się kręci; rzeczy niemożliwe, realne i absurdalne zderzają się ze sobą. Gdzieś w tym bałaganie kołacze się irytacja, że skoro jestem bohaterką aktualnie pisanej powieści Anny Matthews, to stracę przyjemność z jej czytania.”
Książka rozpisana jest na trzydzieści sześć rozdziałów (większość z nich dzielona na kilka fragmentów) i epilog prowadzonych w narracji pierwszoosobowej czasu teraźniejszego przez Roxie, która dzielnie relacjonuje wszystkie swoje mniej lub bardziej fikcyjne przygody z zaskakującym poczuciem humoru - momentami autoironicznym, momentami prześmiewczym, ale cały czas wypadającym bardzo naturalnie. Przyznaję, że sama dobrych kilka razy zaśmiewałam się w głos!
„Biegnę w stronę kosza na śmieci na rogu i przed osiągnięciem celu osuwam się na moje nowe dno: puszczam wielkiego pawia na chodnik, podczas gdy moje życie wisi na włosku.
Ale co tam, przynajmniej zostanie to uwiecznione na stronach powieści.”
Oczywiście narracja pierwszoosobowa narzuca automatycznie wgląd w emocje narratorki, która mimo uzależnienia od solidnej dawki adrenaliny jakoś niespecjalnie ma ochotę stawiać czoła własnym lękom. Ale czy między innymi nie po to właśnie książki czytamy? By w bezbolesny sposób oswoić to, co tak naprawdę nas przeraża? Styl, w jakim ta powieść jest pisana, jest zaskakująco dobry - dobrze pasuje do absurdalnych sytuacji, na jakie narażona jest narratorka. Ale hej!, kto powiedział, że zmiana gatunku będzie łatwa, prawda?
„Życzenie typu „Chcę być w książce” to dla mnie nie pierwszyzna. Chociaż... większość ludzi ma dość rozumu, by wybrać coś już opublikowanego, coś znanego. Kiedy nie znasz fabuły, to dość ryzykowne.”
Rozpatrując tę historię pod kątem gatunku literackiego, może w niej wyłuskać wiele. Pozornie oparta o schemat budowy komedii romantycznych i kryminału z wątkiem seryjnego mordercy, tak naprawdę zawiera w sobie też sporą dawkę satyry, która w komediowy sposób wyolbrzymia elementy fabularne tych dwóch gatunków literackich. Pomiędzy tym jednak jest to, co wszyscy czujemy - miłość do książek i świadomość, że nawet fikcja może mieć bardzo duży wpływ na naszą faktyczną rzeczywistość.
„(…) fikcja i rzeczywistość są nocą i dniem – nie przeciwieństwami, ale tym samym światem w różnych barwach.”
Oczywiście w przypadku Roxie dzieje się to dosłownie - jej rzeczywistość zmienia się w fikcję literacką, a zatem wszystkie chwyty dozwolone, a jej własny los, jak i postaci, które na swojej drodze spotyka, zależy od wyobraźni angielskiej pisarki, która po raz pierwszy pisze powieść kryminalną! Od początku więc pomysł na intrygę jest przejaskrawiony, jest w nim miejsce na szaloną fantazję, ale w tym szaleństwie jest metoda - może i dzieją się tam rzeczy mocno abstrakcyjne, ale całe ich podłoże jest potraktowane z zaskakującą powagą. Wątek kryminalny nadaje historii szybki rytm i kilka razy nieźle zaskakuje, wątek romantyczny rozczula (ale nie jest przesłodzony! Prawdopodobnie dzięki dobremu poczuciu humoru narratorki), a to, co pomiędzy wierszami, zmusza do ciekawych refleksji!
„Jest (...) pewna różnica między pragnieniem czegoś a dążeniem do tego.”
Głównym pytaniem wpisanym w założenia tej powieści jest: czy naprawdę fikcja pozostaje w granicach fikcji? A może jednak jej wpływ sięga naszej rzeczywistości? Wszyscy miłośnicy książek dobrze to zrozumieją - to, że postacie powieściowe potrafią podczas lektury faktycznie ożyć i wytworzyć z czytelnikiem więź, której utrata po zakończeniu powieści zwyczajne boli. To, że historie, bez względu na to jak banalne, zawsze są po coś - czasami jest to po prostu zwyczajna rozrywka, czasami, by pomóc czytelnikowi nabrać odwagi do życia, do zmian, do walki o swoje. Czasami po prostu po to, by mieć poczucie, że dobro może zatriumfować, a szczęśliwe zakończenia są możliwe. Czy nie każdy z nas tego potrzebuje? Czy nie każdy z nas kiedyś płakał po skończonej powieści? Czy nie każdy z nas przeżył kaca czytelniczego? Jak więc mówić o fikcji literackiej, kiedy fikcja wcale dla czytelnika fikcyjna nie jest? Ta miłość do książek, które pozwalają nam żyć tysiącem żyć, jest w tej historii wszechobecna.
„Czym właściwie jest rzeczywistość? Może Lesley i ja nie istniejemy w tej samej rzeczywistości, ale na razie cieszę się, że żyję w jego świecie.”
Ale bez względu na wydźwięk, powieść nie byłaby dobra, gdyby nie świetnie wykreowany świat, przez który prowadzi nas przebojowa postać - Roxie. To trzydziestolatka całe życie bojąca się zobowiązań. Pozornie można uznać ją za lekkoducha - co chwilę zmienia pracę, nie ma nic na stałe, żyje po to, by robić ryzykowne rzeczy. Ale warto ją poznać bliżej, bo pod tarczą stworzoną z humoru i odwagi, znajduje się dziewczyna, która ciągle boi się prawdziwego życia, a przede wszystkim samotności. Roxie, mimo swoich wad i nieraz niepasujących do wieku odzywek (ale hej! kto w swoim życiu nie miał ochoty komuś głupio odpowiedzieć?!), od początku budzi sympatię, rozczula tą swoją niefrasobliwością. To dobra postać, która nie tylko rozbawia do łez, ale jest też po to, by dzięki swoim szalonym przygodom zrozumieć, co jest dla niej ważne.
„Bohaterowie czasami są zabawni. Mają własne zdanie.”
Obok niej, jak to w komedii romantycznej bywa, pojawia się mężczyzna kompletnie do niej niepasujący, który dobrze jej “szaloną” stronę osobowości równoważy. Ba! Dobrze uzupełnia ją gatunkowo - ona jest miłośniczką powieści romantycznych, on kryminałów!
Postacie drugoplanowe są dokładnie takie, jakie w takiej pokręconej historii być powinny - kolorowe, rysowane grubą kreską, albo złe do szpiku kości, ale radosne jak skowronki. Ale czy na pewno?
„Powtarzam w głowie, że Heather jest tylko drugoplanową postacią, obmyśloną jako idiotka, i dlatego niewartą mojego gniewu. To jednak nie działa – i tak jej nienawidzę.”
Kate Eberle w swoim debiucie pt. “Gdyby książki mogły zabijać” zbudowała niesamowity świat. Z jednej strony bazuje na schematach znanych z dwóch gatunków literackich, okrasza je soczystym humorem i rzuca tym wszystkim w czytelnika krzycząc wesoło “ŁAP!”. Z drugiej, poprzez nieoczywiste połączenie wychodzi coś, co ma zaskakującą głębię - porusza tematy, które tylko miłośnicy książek potrafią zrozumieć, które uświadamiają, że nic nie jest tak naprawdę na niby, a wszystko, z czego zbudowane jest nasze życie, nawet te najbardziej wstydliwe pasje, które realizujemy w sekrecie w zaciszu swoich domów, składają się na nas samych. A to coś, czego nie powinniśmy się wstydzić. Urocza, mądra, ciepła powieść, która w niesamowicie zabawny sposób mówi o tym, co dla nas ważne, a przy tym daje ogromną czytelniczą frajdę!
„Nie ma już fabuły, za którą mogłabym się schować. Żadnych schematów, na których mogłabym się oprzeć. Są tylko nasze nieporadne decyzje z całym ich niebezpiecznym potencjałem.”
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy ambasadorskiej z Wydawnictwem Albatros.

Dostępna jest w abonamencie za dopłatą 14,99zł 
(z punktami z Klubu Mola Książkowego 50% taniej) 


Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!

września 22, 2026

"W zasięgu śmierci" Aldona Kucner - patronacka recenzja przedpremierowa

"W zasięgu śmierci" Aldona Kucner - patronacka recenzja przedpremierowa

Autorka: Aldona Kucner
Tytuł: W zasięgu śmierci
Cykl: komisarz Gizela Sikora, tom 1
Data premiery: 23.09.2026
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 448
Gatunek: kryminał
 
Na co dzień zajmuje się innowacjami, marketingiem i zarządzaniem, uczy innych, jak skutecznie prowadzić biznes, pomaga dobrym pomysłom zaistnieć w świecie rzeczywistym. Pisze artykuły i książki branżowe, ale zawsze miała też inne marzenie - marzenie o beletrystyce, które właśnie teraz spełnia. “W zasięgu śmierci” to debiut literacki wrocławskiej wykładowczyni z wieloletnim stażem Aldony Kucner. Debiut, w którym czuć, jak wiele serca i pracy autorka włożyła w jego przygotowanie! Jej warsztat kształtował się pod okiem polskich specjalistów podczas kolejnych kursów pisania, a jej twórczość kryminalna, na razie w krótkiej formie, została już dwa razy wyróżniona podczas MFK we Wrocławiu. “W zasięgu śmierci” czyli pierwsza próbka długiej formy literackiej zaprezentowana szerokiej publiczności, jest zarazem początkiem nowej serii kryminalnej z komisarz Gizelą Sikorą.
 
Od kilku miesięcy świat internetowy opanowało nowe wyzwanie, wskutek którego dużo młodych ludzi odbiera sobie życie. Dlatego tej gorącej letniej nocy, gdy dzwoni telefon Gizeli Sikory z informacją o nowym młodocianym skoczku, Izka zastyga - a co, jeśli wyzwanie podjął jej piętnastoletni siostrzeniec? Jednak odpowiedź funkcjonariusza rozwiewa jej lęki - chłopiec, który się zabił, jest blondynem, co wyklucza Tomka z roli ofiary. Na miejscu jednak okazuje się, że sprawa będzie dużo trudniejsza niż początkowo zakładała - z dachu skoczył nastoletni influencer znany w sieci jako Kaszisz. Problem w tym, że sekcja nie wykazuje żadnego znaku na ciele, który wskazywałby, że chłopak przyłączył się do wyzwania. Zatem co go skłoniło do odebrania sobie życia? A może on sam wcale tego nie zrobił?
 
Książka rozpisana jest na dni tygodnia, w czasie których toczy się śledztwo - jego zakres obejmuje dwa tygodnie. Każdy dzień dzielony jest na krótsze fragmenty różnej długości - niektóre to zaledwie kilka zdań, inne zajmują kilka stron. Narracja prowadzona jest z perspektywy głównej bohaterki w trzeciej osobie czasu przeszłego z jednym wyjątkiem - mniej więcej w połowie książki jeden dzień pisany jest w czasie teraźniejszym. To ciekawy zabieg, który w połączeniu z subtelnie innym stylem przenosi bohaterkę w inny wymiar nadając temu jednemu zdarzeniu ram baśniowości - oczywiście to nadal zdarzenie jak najbardziej trzymające się realistycznych założeń gatunku, ale poprzez zmianę stylu zmienia się też jego odbiór. Ogólnie styl, w jakim autorka snuje całą opowieść, warty jest docenienia. To nie proste, ostre zdania, które mają na celu po prostu przekazanie historii. To język, w którym literackie wyczucie jest namacalne, w którym zaskakujące porównania nadają lekturze swoistej lekkości. Autorka dobrze wie, jak posługiwać się słowem, jak prowadzić czytelnika przez historię, by zaangażować go emocjonalnie, choć dzieje się to bardzo niepozornie - pierwsze ruchy śledczych wcale nie wyróżniają historii z morza innych, a przynajmniej tak się wydaje, by już za chwilę czytelnik zorientował się, że wcale nie, to nie jest historia taka, jak wszystkie - nie można się od niej oderwać nie tylko ze względu na samą akcję, ale przede wszystkim na przywiązanie, zrozumienie emocjonalne, jakie w czytelniku budzi. Choć ciągle zdarzają się w tekście malutkie potknięcia - jedna czy dwie literówki czy zaimek zwrotny nie w tym miejscu, w którym pasuje najlepiej, to jednak całościowo, już pod samym kątem językowym, jest to jeden z najlepszych polskich debiutów roku 2026.
„– (…) Rozejrzyjcie się i popatrzcie na nich wszystkich. Przecież oni się w ogóle nie znają! (...)
– Nooo – odparł Paweł, drążąc, o co chodzi koledze. – Nie znają się. I co?
– To co to za społeczność?! Przecież to media społecznościowe, tak? Wchodzisz na Facebooka czy YouTube’a, żeby być częścią jakiejś grupy, no nie? No i widzicie, co to za społeczność. Czysta bzdura. Żadnych relacji!”
Na uwagę zasługują też kreacje postaci, przede wszystkim główna bohaterka, zbliżająca się do czterdziestki Gizela zwana Izką. Choć jej przeszłość kryje w sobie wiele krzywd, to jednak nie porównywałabym jej do tej powtarzalnej kreacji detektywa z trudną przeszłością. Izka ma wokół siebie ciepło, ma ludzi, którzy nie są jej obojętni i którym ona sama obojętna nie jest. Te relacje, których głębię poznajemy z biegiem lektury, dają wrażenie prawdziwych, dojrzałych, a zarazem poruszających tym, jak bardzo są altruistyczne, jak mocno otwarte na drugiego człowieka, a nie korzyść. własną A mimo to w życiu Izki kryje się tajemnica - coś, detale, prawie niedostrzegalne gesty, które sprawiają, że ciekawość tego, co próbuje przed światem ukryć, bierze nad czytelnikiem górę. Bardzo podoba mi się ta kreacja, dopracowana w każdym calu, pełna, czasami bardzo emocjonalna, ale w tym wszystkim cały czas prawdziwa, naturalna. Przywiązałam się do niej, do jej rodziny prywatnej i zawodowej!
„Facet! Dorastający facet!
Z tą całą grubiańskością i potencjałem do krzywdzenia innych! Przecież większość tych, których ciotka Izka zamknęła albo próbowała zamknąć w pudle, to faceci. Często młodzi, nieco tylko starsi od Tomka. Aż ją zatykało, kiedy myślała, do czego mógłby być zdolny, gdyby okoliczności mu na to pozwoliły.”
Ale to przecież kryminał, nie historia obyczajowa o policjantce. Intryga kryminalna prowadzona jest w spokojnym tempie, w którym jest miejsce, by dokładnie się zastanowić, rozważyć drogi, którymi śledczy powinni iść. Zagadka porusza się pomiędzy rodziną Kaszisza, jego bliskimi, a agencją talentów, z którą od lat łączyła go umowa prawna. Dzięki temu autorka otwiera przed czytelnikiem nowy świat: świat życia w sieci, świat osób młodych, dla których to, co dzieje się w świecie wirtualnym, nieraz zdaje się ważniejsze od tego, co rzeczywiste. Tę rzeczywistość poznajemy od podszewki - jej cienie i blaski, okazje, ale i zagrożenia, jakie stwarza, a które przybierają formę technologiczną, ale też i emocjonalną. Samotność młodych jest więc tu punktem wyjścia, punktem, z którego takie osoby jak Kaszisz próbują się wybić, a inne pogrążają się przytłoczone ich idealnym życiem ukazanym przez filtry. To trudny temat, ale autorce uda się poruszyć go w sposób niewymuszony, a zarazem całościowy.
„W oczach Damiana widać było nie tylko smutek, ale też głębokie rozczarowanie. Tak patrzą dzieci skrzywdzone przez dorosłych. Takie, które straciły do nich zaufanie.”
A co z samą zagadką? Muszę przyznać, że została bardzo dobrze skonstruowana. Autorka bawi się z czytelnikiem, podsuwa tropy, podsuwa zmyłki, które mają zaciemnić obraz i faktycznie skutecznie to robią, a równocześnie nie sprawiają, że czytelnik czuje się oszukany. Śledztwo, jakie prowadzi Izka ze swoimi współpracownikami, wypada bardzo ludzko, ukazując postacie śledczych jako zwykłych ludzi - może i z dobrą intuicją, ale przecież nadal narażonych na emocje, nadal potencjalnie omylnych. Warto też podkreślić rytm lektury, którzy przez całą historię jest stały - autorka nie musi łapać się tanich chwytów z przyspieszeniem czy spowolnieniem akcji, na emocjach, na ciekawości gra zwyczajną rozmową i dedukcją, a zakończenie rozwija się przed czytelnikiem powoli, nieraz zaskakując niuansami. Jestem pod wielkim wrażeniem, jak wszystkie elementy fabularne spięły się w jedną, spójną całość!
„Wszystko w ostatnich dniach kręciło się wokół pieniędzy. Blichtr, sława, nazwisko, zaczynała rozumieć tę logikę.”
Nie bez znaczenia jest też czas i miejsce akcji. Dzięki spokojnej narracji, w tekście jest miejsce na oddanie uroków Wrocławia, na wskazanie plusów i minusów życia w poszczególnych dzielnicach, na dokładnie przyjrzenie się bardziej i mniej znanym miejscom na mapie miasta. To jednak nie tylko obrazy, ale i dźwięki, i zapachy - to gorące lato, które zwyczajne czuć w wydychanym powietrzu.
„(...) doszła do wniosku, że świat ma swój rytm. I czy ona za nim nadąża, czy nie, nic się nie zmieni. Nawet jeśli zatrzyma się na moment, jak gałąź zahaczona o wystającą z rzeki skałę, wszystko wokół nadal będzie płynąć. Może przez sekundę komuś będzie jej żal, ktoś się nad nią pochyli, ale za chwilę i tak popłynie. I dobrze. Tak ma być. Inaczej świat dawno by zwariował.”
“W zasięgu śmierci” to bogata, wielowątkowa opowieść kryminalna, która z jednej strony toczy się klasycznym rytmem śledztwa, z drugiej zaskakuje nieoczywistymi zdarzeniami i trudnymi do przewidzenia twistami. Przede wszystkim jest to jednak powieść, która oddziałuje emocjonalnie - tu walka dobra ze złem nie jest taka oczywista, jak się z początku może wydawać, a większość postaci okazuje się zaskakująco mocno złożona. To nadaje im cech realności, a zarazem świetnie sprawdza się w kryminale - bo ktoś z nich przecież musi kryć się za zbrodnią, której ofiarą padł znany na całą Polskę nastolatek. Poprzez osadzenie historii częściowo w sieci autorka porusza tematy współcześnie bardzo ważne nie tylko dla młodych ludzi, ale też i tych starszych, dzięki czemu jasno można rozpoznać zalety i zagrożenia z życia w sieci płynące. Mimo kilku ryzykownych zagrań, Aldona Kucner wychodzi z pierwszej kryminalnej potyczki zwycięska - teraz pozostaje trzymać kciuki, by tom drugi z Gizelą sprostał wysokiej poprzeczce, jaką ustawił debiut.
 
Moja ocena: 8/10
 
Recenzja powstała w ramach współpracy patronackiej z Wydawnictwem Dolnośląskie.

Podoba Ci się to, co robię?
Wesprzyj mnie na patronite.pl/kryminalnatalerzu i dołącz do grona moich Patronów!